Sarmacka dusza



 

O tradycji staropolskiej, która ciągle trwa, opowiada Jacek Kowalski.

Szymon Babuchowski: Ukazała się antologia poezji staropolskiej „République sarmate/ Rzeczpospolita sarmacka” – dwujęzyczna, z przekładami prof. Anny Drzewickiej na język francuski, Pana pomysłu i w Pana opracowaniu. Zaintrygowały mnie jej ramy czasowe: od Kochanowskiego do Karpińskiego – to przecież trzy epoki! Jak definiuje Pan „Sarmację”?

Jacek Kowalski: Starożytni Sarmaci zamieszkiwali krainę, której terytorium w znacznym stopniu pokrywało się z obszarem Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Stąd też Polaków, czy szerzej – mieszkańców Rzeczypospolitej, nazywano w Europie Sarmatami, a Rzeczpospolitą – Sarmacją. Dziś często się opowiada, że nasza szlachta wyznawała mit, wedle którego ich przodkowie, Sarmaci, podbili ziemie polskie, czyniąc z ujarzmionych Słowian swoich poddanych – chłopów. Nieprawda: szlachta tak nie uważała i nie mogła tak uważać, bo starożytnych Sarmatów utożsamiano właśnie ze Słowianami. Aczkolwiek tylko szlachta, jako dzierżąca władzę, stanowiła „naród polityczny”. Tak więc „Sarmacja” to dla mnie po prostu szlachetna nazwa dawnej Rzeczypospolitej. Staram się za to nie używać słowa „sarmatyzm”.

Dlaczego?

Bo to określenie pejoratywne, wymyślone w epoce oświecenia, a jako termin naukowy rozpowszechnione dopiero po II wojnie światowej – i to w dość zmienionym, sztucznym znaczeniu. Używając tego terminu, dzieli się kulturę staropolską na „lepszą” – tę bardziej europejską – i „gorszą”, która miałaby być emanacją owego sarmatyzmu. Tak więc Jan Kochanowski czy Jan Andrzej Morsztyn byliby reprezentantami „europejskości”, a ci „gorsi”, niedouczeni, ciemni, ksenofobiczni i katoliccy – byliby „Sarmatami”. Ale, o paradoksie! Sam Kochanowski uważał się za Sarmatę. Ten termin nie dzielił ludzi na lepszych i gorszych, nawet za panowania Stanisława Augusta używano go jeszcze jako synonimu Polaka w ogóle. Dziś bywa, że w politycznych polemikach jedni drugich oskarżają o „sarmatyzm”, a poza tym cała kultura staropolska bywa redukowana do „sarmatyzmu” w jego negatywnym znaczeniu.

A jaki jest jego pozytywny odcień?

Chociażby taki, że dał nam podstawy naszej kultury, które wciąż w nas trwają. A w ogóle fenomenem jest trwanie tej „sarmackiej” literatury w nas – choć często sobie tego trwania nie uświadamiamy. Stare pieśni religijne, psalmy przekładania Kochanowskiego czy Karpińskiego, kolędy – wciąż słychać je w domu i w kościele. A to znakomita poezja, są tam prawdziwe arcydzieła – jak choćby „Gorzkie żale”, doskonałe poetycko i teologicznie. Podobnie jak literacko doskonała jest Biblia w tłumaczeniu ojca Wujka. Te dzieła wciąż wyznaczają horyzont klasycznej polszczyzny.

Jest Pan autorem książki „Sarmacja. Obalanie mitów” z nieco zaczepnym podtytułem „Podręcznik bojowy”. Z jakimi mitami na temat Sarmacji Pan walczy?

Nie tyle walczę, co obijam się o nie – po to, żeby coś ciekawego o Sarmacji powiedzieć. Ale może tak, owszem, trochę walczę z mitem czy raczej stereotypem podstawowym: że Sarmata to wiecznie pijany, wrzaskliwy szlachcic, wciąż machający szablą, którą obowiązkowo wyciągał z pochwy na Mszy Świętej podczas czytania Ewangelii (co zresztą samo w sobie jest mitem osobnym i fałszywym). Przyznajmy, że obraz to tyleż negatywny, co zachwycająco barwny! Dlatego łatwo dał się wypromować – i od gawęd Henryka Rzewuskiego po twory jego naśladowców wydał całą gałąź polskiej literatury XIX wieku. Owo epatowanie „czerepem rubasznym” jest jednak zbyt łatwe i zabija prawdziwe spojrzenie na Sarmację. Modelowym przykładem tego zdaje mi się świetny skądinąd spektakl Mikołaja Grabowskiego na podstawie „Opisu obyczajów” Jędrzeja Kitowicza. Kitowicz sam w sobie jest mistrzem sarmackiego humoru, ale Grabowski zrobił go po swojemu, redukując przesłanie do „czerepu rubasznego”. No cóż, pokazać „duszę anielską” jest trudniej, bo trzeba wiedzieć nieco więcej, niż tylko jak machać szablą i wychylać kufle.

Co dla Pana jest najbardziej fascynujące w kulturze Sarmacji?

Piękno języka, wiara i jej niezwykły sojusz z wolnością, związany z poczuciem obywatelskości. To chyba u nas najmocniej wybrzmiało: że „wolność polską ma Pan w opiece swojej”. To mocne i znaczące dziedzictwo, zwłaszcza że dziś w Europie wolność nie jest powszechnie łączona z wiarą.

Myśli Pan, że nadal jesteśmy w głębi duszy Sarmatami?

Niektórzy twierdzą, że nie mamy żadnej prawdziwej tradycji sarmackiej, bo wszystko to wmówił nam nawet nie tyle Sienkiewicz, co Hoffman przez swoje filmy. Ale jedno nie przeczy drugiemu. Mało kto poznaje dawne epoki na podstawie dzieł z ich czasów, częściej przekuwa się wizję dawnych epok na kulturę współczesną. Polskim fenomenem jest, że nasza współczesna kultura zarówno żyje autentyczną spuścizną sarmacką, jak i jej współczesnymi wizjami, tak że stała się naszą główną tradycją. Szczególne zasługi ma tu Sienkiewicz, ale on tylko wydobył to wszystko, co wybrzmiało wcześniej u Mickiewicza w „Panu Tadeuszu”, u Słowackiego, Rzewuskiego i całej armii innych twórców. Natomiast popularność Trylogii stała się katalizatorem tworzenia się współczesnego społeczeństwa polskiego. Kiedy podczas pierwszej wojny światowej mój dziadek, syn małomiasteczkowego rolnika, wstępował do tajnego skautingu, otrzymał pseudonim wzięty właśnie z Trylogii. Trylogia współkształtowała myślenie o odrodzonej Rzeczypospolitej. Potem Gomułka i Gierek starali się zdobyć przychylność Polaków, zezwalając na produkcję filmów Hoffmana, ba, promując je! Pewno, że nasza tradycja jest chyba przede wszystkim romantyczna, ale wespół z romantyzmem wpojono nam tradycję sarmacką, bo to romantyzm ją przechował i uskrzydlił. Przykład: „Pieśń konfederatów” Słowackiego („Nigdy z królami nie będziem w aliansach…”), która zabrzmiała w 1979 roku na spotkaniu z Janem Pawłem II. Wszyscy wtedy myśleli, że to autentyczna pieśń konfederatów barskich. Potem stała się jednym z hymnów Solidarności – i śpiewamy ją do dziś.

Ale czy dzisiejsze podziały w polskim społeczeństwie nie są przypadkiem przedłużeniem ścierania się dwóch wizji świata: sarmackiej i kosmopolitycznej, oświeceniowej?

Są. Od wieków modyfikowaliśmy naszą kulturę, chłonąc sygnały płynące z Rzymu, Paryża, etc. A idą stamtąd przecież sygnały bardzo różne. Skoro „co Francuz wymyśli, to Polak polubi”, bywa, że również przeróżne aberracje są u nas małpowane, zwykle jednak z opóźnieniem, co pozwala odpowiednio wcześnie dostrzec, jakie szkody tego rodzaju pomysły narobiły w miejscu swych narodzin. No i mamy wówczas ostre starcie rzekomych „postępowych proeuropejczyków” z tradycjonalistami, którzy zresztą zazwyczaj też są europejscy. Prof. Richard Batterwick opisał ostatnio istną antykościelną rewolucję, która o mały włos zostałaby przeprowadzona przez Sejm Czteroletni w imię postępu: odebranie Kościołowi majątku, nowy podział na diecezje, likwidacja „zbędnych” zakonów… Przy czym pomysł ów wspólny był i „patriotom”, i targowiczanom. Na szczęście nie udało się tego przeprowadzić, bo przyszły rozbiory, Kościół pozostał niezachwianym sojusznikiem narodu i nie było już o czym dyskutować. Prawdę mówiąc, obecne lobbowanie na rzecz LGBT i podobnych zjawisk bardzo przypomina tamtą niedoszłą rewolucję.

Antologię zamyka appendix współczesny, złożony z kilku pieśni Pana autorstwa. Czuje się Pan spadkobiercą poprzedzających Pana poetów?

Jeszcze w liceum pochłaniało mnie poszukiwanie staropolskich autorów, o których podręcznik milczał albo których oczerniał, jak np. ks. Józefa Bakę – jego wiersze miały być przykładem „zdziczenia”. Więc dalejże go czytać! No i zacząłem pisać piosenki „historycznie” zadłużone. Mój tata mówił: „No dobrze, tylko kto tego będzie słuchał?”. Kiedy usłyszałem Jacka Kaczmarskiego, zrozumiałem, że to błędna wątpliwość; że śpiewanie o historii nie musi być nudne. Kaczmarski szedł drogą Wysockiego, ale czerpał pełnymi garściami z naszego romantyzmu. A mnie się wtedy zapaliło światełko: jakaż tradycja powinna być u początku pieśni, żeby były rdzennie polskie? Sarmacka! A czy mam prawo się czuć spadkobiercą Sarmatów? Wszyscy jesteśmy Sarmatami. Nikt nie może tak zupełnie odciąć się od swoich przodków.

W „Psalmie rodowodowym” pyta Pan: „Republiko, gdzie się zataczasz,/ W jakie obce porty znów zbaczasz?”. Myśli Pan tu bardziej o dawnych Polakach czy o nas?

Tą piosenką wygraliśmy Festiwal Piosenki Studenckiej w Krakowie w 1988 roku. To był początek mojego publicznego śpiewania, a piosenkę odebrano bardzo aktualnie. Co prawda niektórzy członkowie jury nie zorientowali się, że to nie żaden Kochowski, tylko Kowalski. (śmiech) No cóż: Sarmacja to dziś, tylko cokolwiek dalej. I w moich piosenkach chodzi zarówno o przeszłość, jak i o współczesność.

Ostatnie słowa tej piosenki, wypowiadane przez Polskę, brzmią: „Choć się skryję, to wypłynę,/ A bądź pewien, że nie zginę”. Skąd możemy mieć tę pewność?

Nie mamy tej pewności, tylko nadzieję. To tak jak z rodziną – może wymrzeć, ale dopóki istnieje, nie możemy się jej wyprzeć. Zatem owszem, naród może zginąć, ale jestem do niego po ziemsku przywiązany. Skoro nawet Pan Jezus płakał nad upadkiem Jerozolimy, to ja też mam prawo mieć nadzieję, że Polska będzie trwała. Ale jeśli nawet naród polski kiedyś zginie, nasza spuścizna może trwać i być do czegoś potrzebna innym narodom. To będzie nasza zasługa przed Panem Bogiem. •

Jacek Kowalski

 

Jacek Kowalski

Historyk sztuki, pieśniarz, poeta, tłumacz literatury starofrancuskiej na język polski, profesor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

 

Tekst pochodzi z Gościa Niedzielnego 19/2019