Trudności języka polskiego dla Węgra


 


Trudności języka polskiego dla Węgra

 

„Jak Ci się udało nauczyć języka polskiego? Przecież to jest mega trudny język!“ Często słyszę takie zdania w węgierskich gronach, gdy rozmawiam ze swoimi znajomymi, najbliższymi czy takimi osobami, które dopiero poznaję i które dopiero się dowiadują o tym, że mówię po polsku. Na to pytanie zawsze odpowiadam, że każdy język ma pewne trudności i że będąc wystarczająco ambitnym i cierpliwym, da się nauczyć jakiegokolwiek języka. Natomiast tak samo, jak inne języki, polski też stawia uczącego się go człowieka przed pewnymi wyzwaniami.
Dla mnie takim wyzwaniem było na początku odróżnianie dźwięków „ś“ a „sz“, na co trzeba jednak zwracać uwagę, ponieważ jest „pewna subtelna“ różnica między słowami „prosię“ a „,proszę“. Nadal mi się zdarza, że zmagam się z takimi słowami, jak „źdźbło“ czy „spostrzegawczość“, ale mimo, że wymawianie tychże słów nie zawsze wychodzi mi najlepiej, mam wrażenie, że Polacy jednak i tak mnie rozumieją i moim zdaniem to jest najważniejsze. Według kolegi Węgra, który też zna polski, język ten brzmi tak, jak zepsute radio. Niemniej jednak uważam, że polska wymowa  i tak jest daleko łatwiejsza i bardziej konsekwentna od angielskiej, ponieważ wystarczy zapamiętać tylko raz, jak się wymawia np. literę „sz“, „cz“ czy „ó“, w przeciwieństwie do angielskiego.
Oprócz wymowy czasami mam problemy również z końcówkami. Generalnie ani na początku, ani teraz nie jest mi obcy ten fakt, że istnieją różne sufiksy i przypadki gramatyczne, ponieważ w języku węgierskim też mamy ich dużo. Jest to dla mnie jednak dziwne, że mówi się np. „Poproszę hamburgerA“, a nie „hamburger“, bo po „(po)prosić“ używa się biernika (kogo/co), natomiast końcówka „-a“ to sufiks dopełniacza (kogo/czego). Tak samo nie do końca rozumiem, dlaczego mówi „Mam Volkswagena“ czy „Widzę PolskiEGO BusA“ (a nie po prostu „Polski Bus“) w odniesieniu do wchłoniętego przez Niemców przewoźnika (ale „wysiadam z tego autobusU“). No właśnie, z dopełniaczem też mam czasami problemy, a szczególnie w przypadku rzeczowników rodzaju męskiego, ponieważ mówi się „Nie znam tego językA“, „Korzystam z tego slownikA“, „Nie znalazłem tego kluczA“ ale „Wsiadam do tego samochodU“, „Nie widziałem tego basenU“, „Korzystam z tego telefonU“ itd. Czasami jest to dla mnie trudne, ale po pewnym czasie po prostu już da się to czuć, jaka końcówka najbardziej gdzieś pasuje. Oprócz dopełniacza, alternacje też stanowią czasami pewne wyzwanie, ponieważ mówi się „zĄb“ – „tego zĘbA“, „dĄb“ – „tego dĘbU“, ale np. „kĄt“ – „tego kĄta“ (a nie „kĘta“).
Na początku były dla mnie trudne i liczebniki (DWA stoły, DWIE róże, DWÓCH Polaków/DWAJ Polacy itd.), ale gdy w 2015 r. uczestniczyłem w letnim kursie językowym we Wrocławiu, nasz nauczyciel, rodowity Polak, starannie nam wytłumaczył te zasady i okazało się, że wbrew pozorom wcale nie jest to aż tak bardzo trudne i że jest to nawet logiczne.
Oprócz tego kursu językowego we Wrocławiu, dwóch pobytów erasmusowych w Gdańsku, lekcji prywatnych oraz trwających obecnie studiów doktoranckich na UJ w  Krakowie, bardzo mi pomaga to, że mam dużo znajomych w Polsce, z którymi mam możliwość ćwiczyć polski i którzy mnie poprawiają, za co jestem zawsze wdzięczny. Gdy mnie pytają, jak dobrze znam polski, zazwyczaj odpowiadam, że nie znam polskiego tak, jak Mickiewicz czy Sienkiewicz, ale jestem w stanie powiedzieć więcej, niż „Dzień dobry!“, „Jak się masz?“, więc gdzieś pomiędzy. Co prawda mam certyfikat C1 (za co chwała Panu Bogu), ale staram się ulepszać swój polski codziennie, czytając np. Biblię czy różne artykuły w tym języku oraz pisząc i rozmawiając z Polakami, ponieważ zawsze można nauczyć się czegoś nowego i wzbogacać swoje słownictwo, natomiast jeżeli „odłożymy“ jakiś język, to może się on „zemścić“, wylatując powoli z naszej głowy.


 

Áron Szabolcs Fodor