Scena jak narkotyk. Wywiad z Kristófem Szabó
Balet bywa wymagający, bolesny i bezlitosny, ale dla Kristófa Szabó pozostaje najpełniejszą formą ekspresji. W rozmowie wraca do wspomnień z dzieciństwa spędzonego na Węgrzech, opowiada o pracy nad rolami charakterystycznymi i o tym, jak poprzez ruch można porozumieć się z każdym widzem – bez słów.
Urodziłeś się na Węgrzech, ale wychowałeś w Polsce. Jaka jest Twoja relacja z Węgrami?
Mój ojciec jest Węgrem, mama jest Polką. Urodziłem się na Węgrzech i mieszkaliśmy tam przez pierwsze lata życia mojego i mojego brata. Jednocześnie często jeździliśmy do Polski, bo ojciec sprowadzał wina węgierskie. Przeprowadziliśmy się tutaj na stałe, kiedy miałem 6 czy 7 lat, więc do szkoły podstawowej poszedłem już w Polsce.
Dobrze pamiętam wiele szczegółów z dzieciństwa, w tym dużo dziecięcego słownictwa węgierskiego: zwierzątka, kolory, smaki. Są to radosne wspomnienia, takie naiwne, dziecięce, związane z zabawą, ale też z wakacji nad Balatonem i z odkrywania świata na wczesnym etapie życia.
Później relacje rodzinne się skomplikowały i kontakt z rodziną węgierską się urwał, ale mam nadzieję, że uda się te relacje odbudować. Na Węgrzech nie byłem od dawna. Ostatni raz, kiedy miałem 14 lat. Jestem ciekaw, jak się zmieniły i mam coraz większą ochotę tam pojechać znowu, tym bardziej, że obiecałem to mojej żonie.
Czy wykorzystujesz swoje węgierskie pochodzenie przy przybudowaniu roli?
Moje pochodzenie to fajny dodatek. Oprócz tego, że to nazwisko brzmi ciekawie i nazwa miejscowości, w której się urodziłem – Székesfehérvár – jest niemożliwa do powtórzenia, a tym bardziej do zapisania przez urzędnika polskiego w trakcie załatwiania jakichkolwiek spraw administracyjnych, to faktycznie chyba w tańcu przydał mi się ten aspekt najbardziej.
Kiedy tworzyliśmy jakieś role związane z Węgrami, starałem się jak najwięcej dowiedzieć. Była to na pewno rola Porucznika węgierskiego w balecie „Mayerling”, bo tam tych związków z Węgrami było sporo, na przykład relacje cesarzowej Sisi z węgierskimi oficerami, porucznikami. Ten wątek faktycznie bardzo zgłębiałem, również z moją żoną, która akurat wtedy tańczyła rolę cesarzowej. Było to fascynujące doświadczenie.
Szczególnym momentem był też taniec węgierski w „Jeziorze łabędzim”. Kiedy dyrektor Pastor układał ten taniec, byłem w to bardzo zaangażowany. Chciałem pokazać, jak wyglądają prawdziwe ruchy w tańcach narodowych węgierskich, one oczywiście były stylizowane na taniec baletowy, ale starałem się, żeby wyglądały odpowiednio, możliwie prawdziwie. Bardzo cieszyłem się, że dyrektor skorzystał wtedy z moich sugestii i wspólnie ułożyliśmy coś ciekawego.
Taniec węgierski był hitem tego „Jeziora”, zawsze była po nim rewelacyjna owacja, bo był tak pełen energii i ekspresji. Zaczynał się od mojego tańca jako porucznika, później dołączali inni chłopcy, a w finale cała scena tańczyła taki dynamiczny, skoczny taniec. To jedno z moich przyjemniejszych wspomnień ze sceny.
Jak pracowałeś nad szczegółami tego tańca węgierskiego?
Konsultowałem się z nauczycielami tańców charakterystycznych ze szkoły baletowej. Zasięgałem ich opinii na temat ułożenia rąk, uderzenia w nogę albo jakiegoś skoku. Sama nauka tańców narodowych, a zwłaszcza węgierskich, w szkole baletowej była świetnym doświadczenie. Miałem poczucie, że akurat ten taniec muszę zrobić na pewno dobrze, bo moje pochodzenie daje o sobie znać.
Oprócz tego oglądałem dużo nagrań zespołów ludowych, co w ogóle bardzo lubię. Podobają mi się w nich różne ciekawe ustawienia – bazowanie na formacjach dużych grup tancerzy, na przeplataniu się tych ustawień, na tworzeniu ciekawych wizualnie obrazów.
Tańce ludowe albo narodowe są idealnym źródłem, żeby takie ustawienia poznawać. Nadal lubię je oglądać i są one dla mnie dużą inspiracją w tańcu, ale też przy tworzeniu choreografii współczesnych albo neoklasycznych. Myślę, że jest to niezgłębiony materiał, z którego można czerpać, na przykład jeśli chodzi o akcentowanie, rytm albo wydłużanie czy skracanie kroku. To jest coś znakomitego.
Twoja kariera w Polskim Balecie Narodowym na początku rozwijała się bardzo szybko, ale na awans na pierwszego solistę czekałeś kilka lat. Teraz często można oglądać Cię w bardzo interesujących rolach charakterystycznych, ale raczej nie w pierwszoplanowych rolach baletu klasycznego. Jak widzisz swoje miejsce w zespole?
Myślę, że mój moment na to, żeby takie role robić już minął. Wynika to z kilku kwestii. Pewnie nie mam takich zdolności, albo nie jest to takie oczywiste, żebym dobrze technicznie wykonał pewne partie. Ale chyba największą przeszkodą jest moja duża ekspresja i moje zdolności aktorskie. Pewnie trochę przeszkodziły temu, żeby robić łagodne, delikatne role książąt. Chciałem tego wcześniej, ale teraz nie wiem, czy repertuar klasyczny jest dla mnie tak pociągający. Jak była rola jakiegoś szaleńca albo zwierzęcia, to byłem pewien, że to będę już ja. I może nie dlatego, że ja nie pasuję do tej głównej roli romantycznej, ale chyba sam sobie strzeliłem w kolano tym, że pokazałem na początku, że potrafię zrobić coś śmiesznego, przerysowanego, albo coś z wielką animalistyczną ekspresją. A wielu tancerzy nie potrafi się odnaleźć w takiej roli.
Jest to pewien paradoks, że nie jestem obsadzony w głównej roli nie dlatego, że nie mogę jej zrobić, tylko dlatego, że ktoś inny nie może zrobić tej mniejszej. Przestrzegał mnie przed tym pewien starszy tancerz, który już nie tańczy. W moim pierwszym czy drugim sezonie, kiedy obsadzono mnie w jakiejś charakterystycznej roli stwora albo starszej postaci, i dostałem za to pochwały, powiedział: „Uważaj, nie pokazuj, jak dobrze możesz zrobić taką charakterystyczną rolę, bo już zawsze będziesz takie robił”. Wtedy się z tego śmiałem, ale teraz widzę, że miał rację.
Mogłem pokazywać z subtelnym wdziękiem i powściągliwością na twarzy swoje ładne linie baletowe. Moja kariera pewnie potoczyłaby się inaczej. Nie chcę mówić, że jestem tym zawiedziony, bo jest to wspaniała kariera i uwielbiam każdy jej etap, chociaż, jak wspomniałaś, na ten ostatni awans musiałem czekać dłużej. Od moich przełożonych usłyszałem, że nie jest on taki oczywisty, bo co prawda nie tańczyłem głównych partii w repertuarze klasycznym, ale z powodzeniem mogę wykonywać wiodące partie wskazujące na moją pozycję w repertuarze współczesnym czy neoklasycznym.
Czy są jakieś szczególne powody, dla których zdecydowałeś się na wykonywanie akurat tego zawodu?
Jest to moja wielka pasja i dobrze się tym sprawdzam. Daje mi to możliwość dzielenia się tą moją ekspresją i sprawienia, że przy moim udziale czyjś świat i mój świat też jest odrobinę piękniejszy tego dnia. Porównałbym akt tańczenia i choreografowania do zawodu aktora. Tak samo wcielam się w rolę na scenie baletowej jak aktor w filmie czy w teatrze. Kiedy tańczę, mam sposobność przenoszenia widza w jakiś inny świat. A kiedy choreografuję – okazję do tworzenia i wymyślania jakiegoś nowego świata i zapraszania widza do wejścia w ten świat razem ze mną. Chyba dlatego to robię.
Oczywiście, bardzo często ma się tego dosyć, bo to nie jest łatwa droga. Ciało się wykańcza i z każdym rokiem coraz bardziej zużywa. Trzeba je trochę zniszczyć, zanim się nawet zacznie wykonywać ten zawód: wykręcić stopy i ułożyć mięśnie w dany sposób. Ale myślę, że eksploatacja psychiczna jest nawet większa niż fizyczna i nie tylko dla mnie, ale też dla innych tancerzy: atmosfera jest dosyć napięta, panuje ciągła rywalizacja, ciągle trzeba udowodniać swoją wartość, często polega się na czyichś decyzjach. A mimo to sprawia mi to niesamowitą satysfakcję. Kiedy się wychodzi na scenę, jest to tak uzależniające, że porównałbym to do jakiegoś rodzaju narkotyku. To najlepsze uczucie, jakie znam.
Jesteś praktykiem tańca, władasz biegle jego językiem. Czy uważasz, że jest to medium przystępne, otwarte czy jednak hermetyczne, wymagające jakiejś świadomości, wiedzy, a może wręcz pewnego przygotowania?
Myślę, że taniec jest idealnym medium do przekazywania i treści, i emocji. I myślę, że to jest uniwersalny język dla wszystkich ludzi na całym świecie. Każdy z nas się rusza, każdy z nas ma swoje wyjątkowe ciało, którym operuje. To, że to jest akt niemy, też jest kluczowe.
Dobrym przykładem może być to, że tancerze na całym świecie tańczą w podobny sposób. Niekoniecznie baletowi, ale tancerze różnych gatunków. Mogą nie znać języka, pochodzić z różnych stron świata, ale zawsze potrafią się porozumieć przez ruch i taniec. W Polskim Balecie Narodowym mamy wiele takich przykładów: tancerze przyjeżdżali na przykład z Korei, nie mówili nawet słowa po angielsku, a teraz są pierwszymi solistami i świetnymi przyjaciółmi, po paru latach mówią nawet i po polsku. Jeśli porozumiewać się z kimś nie za pomocą słów, ale za pomocą ciała i ruchu, to ta bariera znika. Wykonywanie tańca w ogóle jest intymnym aktem, wymaga dotyku i zaufania, nie ma tam praktycznie żadnego dystansu, więc bardzo zbliża ludzi.
Wiem, że bywasz czasami widzem swoich kolegów i swojej żony Natalii Pasiut, która jest solistką w PBN. Jak postrzegasz tę kwestię z perspektywy widza właśnie?
Opera, teatry wielkie są postrzegane jako miejsca, do których chodzą tylko stali bywalcy albo starsi ludzie, gdzie trzeba się elegancko ubrać. Z tym, że trzeba się elegancko ubrać, akurat się zgadzam, ale to nie znaczy, że jest to miejsce niedostępne dla widza, który nie ma smokingu w szafie. To, że tańcem można tyle wyrazić, opowiedzieć, sprawia, że to jest rodzaj sztuki, do której nawet nie trzeba się przygotowywać czy jakoś szczególnie na niej znać. Nawet jeśli widz czegoś nie zrozumie, zapewniam, że coś poczuje.
Często tańczymy balety abstrakcyjne, bez rozbudowanej fabuły, które poruszają tylko jakiś nastrój albo jakąś emocję i pewnie każdy na widowni odczytuje pewne schematy albo pewne ruchy albo obrazy w inny sposób. I to jest siłą tej sztuki, bo ona może poruszyć i wprawić kogoś w jakiś nastrój albo sprawić, że będzie odczuwał coś innego niż osoba, która siedzi obok. Widz, który wychodzi ze spektaklu nie pozostaje obojętny na to, co zobaczył. Zostaje trochę ubogacony. Widzowie często piszą po spektaklach do mnie czy do mojej żony, bo chcą coś powiedzieć. Często ciężko jest im opisać to, co zobaczyli, ale mówią o tym, że coś poczuli, nieraz są rozemocjonowani. Dziękują za to doświadczenie, dzielą się, jak wiele im to dało.
Myślę więc, że to jest sztuka dla każdego – zarówno dla osób, które oglądają balet od dziecka, lubią być przygotowane i czytać libretto, jak i dla tych mniej doświadczonych. Myślę, że to jest rodzaj sztuki uniwersalnej, która łączy tyle ciekawych dyscyplin artyzmu: sztuki wizualne, dźwięk, piękną muzykę, świetnie wygimnastykowane ciała, zdolności aktorskie, ruch, wykorzystanie siły, prędkości, balansu. To wszystko razem pięknie się miesza i tworzy wyjątkową całość. Ja jestem tą sztuką nadal zafascynowany, a tańczę prawie całe życie. Uważam, że nadal mam mnóstwo do odkrycia, jeżeli chodzi o sposób wyrażania emocji i przekazywania treści.
