ŚRODKOWOEUROPEJSKIE ROZDROŻE. CZY SCENARIUSZ BUDAPESZTEŃSKI GROZI WARSZAWIE?
Zwrot akcji, którego nikt nie przewidział
W 1989 roku – gdy kraje Bloku Wschodniego zrzucały jarzmo komunistycznej gospodarki planowanej – zestawienie pozycji startowej Polski i Węgier było mocno na niekorzyść Warszawy. Polska była bankrutem, zrujnowanym przez hiperinflację – półki sklepowe ziały pustkami, a jednocześnie rysowały się głębokie konflikty społeczne. Zjawisko to, trafnie nazwane przez Grzegorza Kołodkę „shortageflation”, oznaczało unikalną i traumatyczną dla społeczeństwa sytuację, w której galopującym cenom towarzyszył permanentny brak jakichkolwiek towarów. W tym samym czasie Węgry były postrzegane jako regionalny prymus gospodarczy.
Dekady tzw. „gulaszowego komunizmu” – systemu, w którym reżim Jánosa Kádára w zamian za polityczną lojalność zaoferował obywatelom ograniczoną wolność gospodarczą, pragmatyczne reformy rynkowe oraz relatywny dobrobyt – stawiały Budapeszt w roli naturalnego lidera nowej ery. Wówczas narodziło się popularne powiedzenie, że Węgier to ktoś, kto wchodzi do drzwi obrotowych jako ostatni, a wychodzi z nich jako pierwszy. Można więc było zakładać, że Węgrzy ze względu na swoje zakorzenione tradycje rynkowe zawsze będą odnosić sukcesy.
Minęły niespełna cztery dekady, a historia napisała zupełnie inny – zaskakujący scenariusz. Sytuacja odwróciła się tak głęboko, że dawne wyobrażenia stały się anachronizmem. Polska zanotowała bezprecedensowy w historii nowożytnej Europy, nieprzerwany wzrost gospodarczy trwający od 1992 roku. Przełożyło się to na spektakularny awans – nominalna wartość polskiego PKB zbliżyła się do magicznej granicy jednego biliona dolarów, co plasuje nasz kraj wśród elitarnego grona dwudziestu największych gospodarek świata. Nominalnie oraz po uwzględnieniu parytetu siły nabywczej (PPP), Polska definitywnie wyprzedziła Węgry pod względem PKB na mieszkańca pod koniec ubiegłej dekady. Dziś to Warszawa jest stawiana za wzór transformacyjnego sukcesu, podczas gdy Budapeszt – uwikłany przez wiele lat w marazm gospodarczy, oligarchizację państwa i konflikty z Unią Europejską – zamyka regionalne zestawienia.

Dogłębna analiza porównawcza, wybitnego ekonomisty i doradcy strategicznego dr. Kálmána Mizsei przygotowana w maju 2026 roku na zlecenie Instytutu Współpracy Polsko-Węgierskiej im. Wacława Felczaka, pokazuje, że jednak należałoby odrzucić czarno-białą narrację o bezdyskusyjnym „polskim cudzie” i „węgierskiej katastrofie”. Mizsei, analizując twarde dane makro- i mikroekonomiczne, studzi hurra-optymizm wobec polskiego cudu gospodarczego. Pokazuje on, że chociaż oba kraje obrały skrajnie odmienne strategie polityczne i instytucjonalne, to skumulowany dystans rozwojowy między nimi wciąż nie jest na tyle znaczący, aby plasować je w jakościowo odmiennych ligach. Co ważniejsze, autor stawia ponurą i niezwykle ostrzegawczą prognozę wobec obecnie rządzących w obu krajach: błędem byłoby powielać te same błędy strukturalne i fiskalne, które kilkanaście lat wcześniej doprowadziły do uwiądu gospodarczego Węgier rządzonych przez Viktora Orbána.
Wspólny mianownik – strukturalne sufity i demograficzna jesień
Zanim zgłębi się istotne różnice, które pozwoliły Polsce wysunąć się na prowadzenie, należy dostrzec fundamentalne podobieństwa strukturalne wiążące oba kraje. W Warszawie chętnie mówi się o cywilizacyjnym skoku, lecz twarde dane pokazują, że ani Polska, ani Węgry nie zdołały przeskoczyć historycznie uwarunkowanego dystansu, jaki dzieli je od rzeczywistych liderów Europy Środkowo-Wschodniej – czyli Czech i Słowenii, a pod wieloma względami także dynamicznych państw bałtyckich – takich jak Estonia i Litwa. Wszystkie kraje tak zwanej grupy UE-10 od lat zmniejszają dystans do średniej unijnej, jednak to Estonia i Litwa wykazują znacznie zdrowsze, bardziej stabilne wskaźniki konwergencji. Polska – pomimo swoich gabarytów i niezaprzeczalnej dynamiki, pod względem syntetycznych wskaźników rządzenia Banku Światowego czy poziomu korupcji – zajmuje dopiero odległe, siódme miejsce w regionie, plasując się daleko za Czechami czy Estonią. Również pod względem inkluzywności wzrostu (mierzonej współczynnikiem Giniego) oraz poziomu upowszechnienia wysokiej jakości edukacji wyższej, Polska nie jest samotną wyspą sukcesu – pod wieloma względami ustępuje pola Słowenii, Słowacji i Czechom.

Najbardziej dramatycznym i bezwzględnym punktem wspólnym obu narodów jest jednak katastrofalna sytuacja demograficzna. Zarówno Polska, jak i Węgry mierzą się z widmem szybkiego starzenia się i kurczenia populacji. Aby zapewnić prostą zastępowalność pokoleń w długim okresie, wskaźnik dzietności musi wynosić minimum 2,1 urodzeń na kobietę. Tymczasem w Polsce współczynnik ten wynosi zaledwie 1,48; na Węgrzech – pomimo gigantycznych, agresywnych i niezwykle kosztownych programów socjalno-podatkowych rządu Fideszu nakierowanych na stymulację dzietności – wskaźnik ten wynosi zaledwie 1,56. Ta demograficzna depresja oznacza, że w perspektywie najbliższych dekad oba państwa zderzą się z drastycznym brakiem rąk do pracy, spadkiem produktywności oraz potężnym kryzysem systemów emerytalnych. Polsce czasowe koło ratunkowe przyniosła masowa migracja zarobkowa z Białorusi i przede wszystkim z Ukrainy, zapoczątkowana po 2014 roku, dzięki której Ukraińcy stanowią dziś około 7–8% całkowitej siły roboczej. Mizsei uważa jednak, że model stymulacji wzrostu oparty na imigrantach zarobowych osiągnął już swój pułap nasycenia – uchodźcy z fali wojennej nie zwiększyli już istotnie legalnego zatrudnienia, a po zakończeniu konfliktu zbrojnego realnym scenariuszem jest masowy odpływ tych pracowników z powrotem do ojczyzny lub dalej na Zachód.
Oba państwa łączy również specyficzna, dualna struktura kluczowych sektorów gospodarki. Najlepszym tego przykładem jest rolnictwo. W czasach socjalizmu Węgry posiadały kwitnący sektor rolny, oparty na pragmatycznej integracji przydomowych gospodarstw wolnorynkowych ze strukturami spółdzielczymi. W tym samym czasie w Polsce prywatne rolnictwo, choć nominalnie przetrwało, było duszone państwowymi monopolami, co skazywało polską wieś na biedę i zacofanie. Po 1989 roku sytuacja uległa paradoksalnemu odwróceniu: na Węgrzech rozbicie spółdzielni doprowadziło do powstania głębokiego dualizmu – wielkich, uprzywilejowanych korporacji rolnych i masy odizolowanych, skrajnie nieefektywnych małych gospodarstw; w Polsce transformacja wsi przebiegała bardziej organicznie – wokół rolników prywatnych wyrósł potężny, nowoczesny przemysł przetwórczy i prężne sieci handlowe. Efekt tego jest taki, że chociaż wydajność pracy w rolnictwie węgierskim jest wciąż wyższa ze względu na mniejsze zatrudnienie w tym sektorze, to polski eksport rolno-spożywczy zanotował eksplozję z poziomu 4–5 mld euro w 2004 roku do oszałamiających 52–53 mld euro obecnie, podczas gdy Węgry urosły w tym samym czasie zaledwie do 13–14 mld euro. Niemniej jednak – podsumowując strukturę rolną czy gęstość mikroprzedsiębiorstw – oba kraje cierpią na tę samą chorobę: koegzystencję garstki wysoce produktywnych liderów rynkowych z ogromnym ogonem technologicznie zapóźnionych podmiotów.
Rozbieżne ścieżki – odpowiedzialność instytucjonalna kontra dyktat oligarchii
Zasadnicza różnica, która wyjaśnia, dlaczego Polska zdołała zdystansować Węgry, leży w jakości instytucji oraz w podejściu do dyscypliny makroekonomicznej. Te dwa czynniki uruchomiły potężne zjawisko tzw. zależności od ścieżki rozwoju (path dependency). Polskie elity polityczne, sparaliżowane traumatycznymi wspomnieniami hiperinflacji i ruiną budżetową lat 80., wykształciły w sobie głęboki instynkt samozachowawczy. Program Balcerowicza, był społecznie bolesny, jednak trwale zakorzenił w Warszawie zasadę ostrożności fiskalnej. Przez blisko trzy dekady, bez względu na opcję polityczną rządzącą krajem, stabilność makroekonomiczna była traktowana jako nienaruszalny fundament państwa. Spowodowało to, że w kryzysowym 2008 roku Polska – jako jedyny kraj w całej Unii Europejskiej – utrzymała dodatni wzrost gospodarczy, zyskując miano „zielonej wyspy”.
Na Węgrzech przebieg procesów post-transformacyjnych był skrajnie odmienny. Łagodniejsze wyjście z komunizmu uśpiło czujność węgierskich elit politycznych, co zaowocowało fatalnym zarządzaniem makroekonomicznym przy jednoczesnym wprowadzaniu – skądinąd udanych – reform mikroekonomicznych: szybka prywatyzacja oraz wczesny napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych w latach 90.. Budapeszt jednak regularnie wpadał w kryzysy budżetowe – najpierw w 1994 roku (pacyfikowany drastycznym pakietem Bokrosa), a następnie w pierwszej dekadzie XXI wieku, gdy populistyczne licytacje budżetowe socjalistów i raczkującego Fideszu doprowadziły do tego, że w roku wielkiego krachu w 2008 roku Węgry nie posiadały absolutnie żadnej poduszki finansowej i musiały ratować się kosztownymi pożyczkami z Międzynarodowego Funduszu Walutowego.
Prawdziwa przepaść instytucjonalna otworzyła się jednak po 2010 roku. Wraz z powrotem do władzy Viktora Orbána model węgierski przekształcił się w model skrajnie oligarchiczny, w którym państwo zamiast wspierać wolną konkurencję, zaczęło ją niszczyć. Mizsei wylicza patologie ery Orbána: odnoszące sukcesy niezależne firmy krajowe systematycznie otrzymywały od ludzi powiązanych z władzą „nieodpieralne propozycje” przejęcia; kapitał zagraniczny w sektorach strategicznych (energetyka, bankowość, handel wielkopowierzchniowy) był rugowany za pomocą arbitralnych, domiarowych podatków branżowych; a biznes zmuszano do zawierania upokarzających „porozumień strategicznych” z rządem. Scentralizowana, systemowa korupcja doprowadziła do głębokich zniekształceń w strukturze wykorzystania PKB. Jak wykazują analizy innego węgierskiego ekonomisty dr. Gábora Oblatha z Uniwersytetu Ekonomicznego w Budapeszcie, Węgry stały się unijnym liderem w kategorii tzw. konsumpcji zbiorowej rządu (czyli utrzymania aparatu biurokratycznego i państwowego), podczas gdy Węgrzy pod względem faktycznych wydatków konsumpcyjnych gospodarstw domowych osunęli się na samo dno Unii Europejskiej, stając się jednym z najuboższych społeczeństw wspólnoty.
W tym samym okresie Polska budowała swoją pozycję w oparciu o żywotny, autentyczny kapitał prywatny. Gospodarka Węgier jest silnie uzależniona od korporacji międzynarodowych, które generują aż 80% tamtejszego eksportu, natomiast w Polsce udział firm zagranicznych w eksporcie wynosi 65%. Oznacza to, że to rodzime, polskie firmy prywatne są realnym motorem handlowym kraju, eksportując w wartościach bezwzględnych aż sześciokrotnie więcej dóbr niż ich węgierskie odpowiedniki. Ta dysproporcja jest doskonale widoczna na rynkach kapitałowych. Na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie oraz na alternatywnym rynku NewConnect notowanych jest łącznie od 580 do 640 polskich, krajowych spółek prywatnych; tymczasem na Giełdzie Papierów Wartościowych w Budapeszcie oraz jej małym odpowiedniku Xtend, handluje się akcjami zaledwie około 25–35 węgierskich przedsiębiorstw. Wolny rynek w Polsce zyskał więc potężne zaplecze kapitałowe, podczas gdy na Węgrzech został uśmiercony m.in. bezwzględną konfiskatą i likwidacją obowiązkowych prywatnych funduszy emerytalnych w 2010 roku.
Nie bez znaczenia pozostaje także struktura przestrzenno-administracyjna obu państw. Polska przeprowadziła głęboką reformę decentralizacyjną pod intelektualnym kierownictwem prof. Jerzego Regulskiego. Stworzono silne, niezależne finansowo samorządy, a policentryczny układ kraju (10 dużych aglomeracji powyżej 300 tysięcy mieszkańców) skutecznie blokował monopolizację władzy przez stolicę – Warszawa to zaledwie 7% populacji kraju. Węgry natomiast uległy drastycznej centralizacji – Budapeszt skupia aż 27% populacji i przygniatającą większość kapitału, natomiast karłowate gminy (średnio poniżej 3 tysięcy mieszkańców, wobec 12 tysięcy w polskiej gminie) nie posiadały żadnej autonomii, aby stawić opór autorytarnym zakusom rządu centralnego.
Pułapka sukcesu – erozja dyscypliny i widmo wariantu budapeszteńskiego w Warszawie
Najbardziej dramatyczna część analizy Kálmána Mizsei odnosi się do wydarzeń z ostatnich kilku lat i stanowi bezpośrednie ostrzeżenie dla decydentów. Autor stawia bolesną, jednak popartą liczbami tezę: fundamenty dzisiejszego triumfu Polski zostały wypracowane przez reformy mikroekonomiczne i dyscyplinę budżetową z lat 90. oraz pierwszej dekady XXI wieku, ale skutki działań politycznych ujawnią się w gospodarce z ogromnym, wieloletnim opóźnieniem. Tak jak katastrofalne decyzje Orbána (konfiskata emerytur, oligarchizacja) przez pierwsze lata były maskowane dobrą koniunkturą globalną i unijnymi dotacjami, by wybuchnąć z pełną mocą dopiero w latach dwudziestych, tak dzisiejsza euforia nad Wisłą maskuje proces gwałtownego gnicia polskich finansów publicznych.
Co niepokojące, dawna trauma hiperinflacji w Polsce wygasła, a rządy weszły w permanentny tryb redystrybucji fiskalnej. Deficyt budżetowy uległ zwiększeniu, osiągając w 2025 roku poziom 7,3% PKB – wartość stojącą w sprzeczności z kryteriami z Maastricht.
Mizsei poddaje w wątpliwość tezę, jakoby potężny deficyt był wyłącznie przejściowym efektem koniecznych i gigantycznych wydatków na modernizację armii w obliczu zagrożenia geopolitycznego. Równorzędnym źródłem problemów budżetowych są niecelowane, populistyczne transfery socjalne przyznawane bez kryteriów dochodowych oraz skokowo rosnące, skrajnie nieefektywne wydatki na ochronę zdrowia, które nie przekładają się na poprawę produktywności systemu. Problem ten ma charakter strukturalny – przywileje socjalne zostały na stałe wpisane w system prawny.

Drugim niepokojącym trendem zbliżającym oba kraje jest zapoczątkowana po 2015 roku pokusa etatyzacji gospodarki. Pod hasłami „renacjonalizacji” i odzyskiwania kontroli nad strategicznymi sektorami, e zarówno w Polsce, jak i na Węgrzech państwo dokonało masowych zakupów aktywów prywatnych i zagranicznych, zwłaszcza w sektorze bankowym, transportowym i energetycznym. Mizsei ostrzega, że tak drastyczne rozbudowanie sektora państwowego uderza w innowacyjność, witalność oraz może prowadzić do upolitycznienia procesów gospodarczych.
Wsparciem dla Polski w ostatnich latach był potężny impuls finansowy – po wyborach z 2023 roku Komisja Europejska odblokowała dla Warszawy zamrożone fundusze strukturalne oraz Krajowy Plan Odbudowy. Tak znaczące środki mogą stymulować polski wzrost o dodatkowe 4,5% PKB rocznie. W tym samym czasie Węgry Orbána, odcięte od funduszy unijnych z powodu systematycznego niszczenia praworządności, dostawały wsparcie na poziomie 1% PKB z unijnych dopłat, notując wzrost gospodarczy w granicach 0,4–0,5%.
Czy można uratować polski cud?
Dotychczasowy polski model sukcesu gospodarczego bezpowrotnie wyczerpuje swoje paliwo. Opierał się on na prostych czynnikach: nadrabianiu zaległości infrastrukturalnych, absorpcji importowanych technologii, napływie bezpośrednich inwestycji zagranicznych poszukujących optymalizacji kosztowej oraz – przede wszystkim – na olbrzymiej przewadze w zakresie kosztów pracy. Istnieje możliwość, że,wraz z gwałtownym wzrostem płac, pogłębiającym się kryzysem demograficznym oraz nasyceniem migracji z Ukrainy, Polska utraci możliwości konkurowania jako tania montownia Europy Zachodniej.
Nasz kraj stoi przed kluczowym dylematem: albo ugrzęźnie w pułapce średniego dochodu jako znośnie prosperująca, ale podatna na wstrząsy gospodarka przemysłowa o przeciętnej produktywności; albo dokona trudnej transformacji w kierunku pionierskiej gospodarki innowacyjnej o wysokiej produktywności, zdolnej do konkurowania z regionem Europy Północnej czy rozwiniętymi państwami Azji Wschodniej. Szanse na ten skok są realne – Polska posiada już potężne i unikalne atuty w obszarze inżynierii oprogramowania, zaawansowanego outsourcingu IT, branży gamingowej (z globalnym ekosystemem wokół firmy CD Projekt), cyberbezpieczeństwa, technologii finansowych oraz nowoczesnego przemysłu obronnego. Mówiąc o Polsce i Węgrzech, Mizsei postuluje wdrożenie pięć fundamentalnych reform strategicznych:
- Powrót do kryteriów z Maastricht. Niezależnie od opcji, politycy muszą traktować redukcję deficytu budżetowego poniżej 3% PKB jako absolutny, niepodlegający negocjacjom priorytet, który zakotwiczy kraj w strefie stabilności i wiarygodności międzynarodowej.
- Wzmocnienie konstytucyjnych barier zadłużenia. Należy bezwzględnie uszczelnić system finansów publicznych i zaprzestać wyprowadzania długu do celowych funduszy pozabudżetowych, co przede wszystkim podkopuje zaufanie rynków finansowych oraz uderza w zasady państwa prawa.
- Radykalne urynkowienie i celowanie polityki społecznej. Państwo powinno zrezygnować z kosztownych, ślepych transferów socjalnych dla wszystkich. Pomoc finansowa i socjalna powinna być kierowana wyłącznie do osób rzeczywiście potrzebujących i najuboższych, co odciążyć może budżet.
- Prywatyzacja i odchudzenie sektora państwowego. Konieczne jest stworzenie i bezwzględna realizacja wiarygodnego planu redukcji udziału skarbu państwa w spółkach komercyjnych.
- Powołanie Narodowej Superkomisji Innowacyjności. Na przykładzie Polski można ten postulat sformułować następująco: powołać na najwyższym szczeblu państwowym, ponad podziałami partyjnymi, prestiżowe, dwuszczeblowe gremium złożone z najwybitniejszych polskich umysłów oraz międzynarodowych architektów sukcesu gospodarczego z krajów, które skutecznie przeskoczyły pułapkę średniego rozwoju (np. Izrael, Korea Południowa, Tajwan, państwa nordyckie, Estonia, Irlandia). Superkomisja, wolna od nacisków politycznych, powinna stworzyć wiążącą, narodową strategię transformacji technologicznej kraju, z perspektywą kolejnych przynajmniej 20-30 lat.
| Obszar porównania | POLSKA | WĘGRY |
| Doświadczenie transformacji | Traumatyczna hiperinflacja lat 80. wymusiła wieloletnią, żelazną dyscyplinę fiskalną elit politycznych. | Łagodniejszy „gulaszowy komunizm” uśpił czujność; reformy mikroekonomiczne ł
ączono ze stałą nieodpowiedzialnością budżetową. |
| Struktura konsumpcji PKB | PKB przekłada się na realny wzrost zamożności i prywatnych wydatków gospodarstw domowych. | Obywatele należą do najuboższych w UE pod względem konsumpcji indywidualnej; państwo przoduje w tzw. „konsumpcji zbiorowej” rządu. |
| Rynek kapitałowy i rodzimy biznes | Ponad 600 rodzimych spółek na giełdzie (GPW i NewConnect); silne firmy prywatne budują kapitał i z sukcesem eksportują produkty przetworzone. | Zaledwie kilkanaście spółek krajowych na giełdzie; brak zaplecza kapitałowego; likwidacja OFE; eksport zdominowany przez korporacje zagraniczne. |
| Struktura terytorialna | Udany proces decentralizacji; silne samorządy, 10 dużych ośrodków miejskich powstrzymujących monopol stolicy. | Radykalna centralizacja administracji; Budapeszt jako jedyne metropolitalne centrum skupiające 27% populacji. |
Kálmán Mizsei jest węgierskim ekonomistą. Posiada stopień doktora ekonomii na Uniwersytecie Ekonomicznym w Budapeszcie. Mizsei zajmował wysokie stanowiska w wielu organizacjach węgierskich i międzynarodowych. Od 2001 do 2006 roku pełnił funkcję dyrektora regionalnego Program Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP, United Nations Development Programme) na Europę i Wspólnotę Niepodległych Państw.
[MACIEJ IWANKIEWICZ]