Back to top
Węgierskie łucznictwo konne
Kultura


Konne łucznictwo węgierskie było jednym z kluczowych czynników zwycięstw Madziarów w bitwach od V po II połowę XVII wieku. Najbardziej znane są ich kampanie z lat 900-970. Węgrzy, powróciwszy w początkach X wieku do Panonii, natychmiast wykazali się talentami organizacyjnymi nie tylko we własnym państwie, ale i wobec innych.

A pole mieli szerokie: papież był zagrożony zbrojną potęgą świeckich wrogów, państwo Franków rozpadało się –wstępujący na tron królowie, często będący dziećmi, stawali się marionetkami w rękach możnych. Resztki Wielkich Moraw stały w obliczu niemieckiego podboju, same kraje cesarstwa wschodniofrankijskiego cierpiały od władzy cesarza. Bizancjum i islam zagrażały Europie z kilku kierunków.

Dla tych wszystkich uciemiężonych Węgrzy okazali się idealnym sojusznikiem. Obronili Wielkie Morawy i papieża, królów Francji przed ich buntowniczymi możnymi wreszcie stworzyli Austrię i Bawarię jako strefy buforowe(Austria do XII wieku nazywana była na zachodzie Regnum Hunnorum). Przebywając 100 km dziennie, mogli pojawić się w każdym zagrożonym miejscu Europy. Dzięki temu powstrzymali działania Bizancjum na południu Apeninów i dokonali kilku ataków na muzułmanów w Hiszpanii, Szwajcarii i Italii.

Kluczową cechą węgierskich drużyn było niezwykle efektywne wykorzystanie konnego łucznictwa przeciw wrogom zachodnioeuropejskim, orientalnym i innym koczownikom. Zapewniało bezdyskusyjne zwycięstwa mimo działania w niesprzyjających warunkach terenowych(lasy, góry, pustynie, obszary gęsto zaludnione i umocnione) na terenie wroga i przy ogromnej dysproporcji sił.

Obecnie ten sposób wojowania budzi skojarzenia z wojskowością Tatarów, i w polskiej rekonstrukcji historycznej oraz sporcie konne łucznictwo jest inspirowane tatarskim. Tymczasem historycznie na konne łucznictwo polskie i orientalizację polskiej wojskowości już od X wieku(!) miało generalny wpływ sąsiedztwo Węgier.

Tak jak humanitaryzm Ősmagyarów różnił się od nieludzkich zachowań Tatarów, tak węgierski typ konnego łucznictwa był inny od tatarskiego. Pod niektórymi względami również nad nim górował. Porównajmy kluczowe elementy tego typu walki u Tatarów  i Węgrów.

 

Konne łucznictwo tatarskie

Fragment miniatury tatarskiej z XV wieku. Przedstawiony wojownik ukazuje cechy łucznictwa tatarskiego: krótki łuk, naciąg do policzka zekierem, kołczan pozwalający błyskawicznie dobywać strzał

 

Używano bardzo krótkiego łuku. Gdyby próbować strzelać zeń z trzech palców, powodowałoby to ich zgniatanie przez cięciwę.

 

Z tego powodu Tatarzy naciągali cięciwę zekierem – pierścieniem na kciuku, i podczas strzału prowadzili strzałę po kciuku dłoni trzymającej łuk. Wykluczało to trzymanie razem z łukiem kilku strzał, które jest symbolem łucznictwa huno-madziarskiego. Współcześni polscy konni łucznicy, wzorujący się na Tatarach, są w stanie to zrobić tylko dlatego, że używają bardzo cienkich karbonowych strzał bez historycznych grotów. Przy strzelaniu z zekiera trzymanie strzał na łuku odradzały perskie i muzułmańskie traktaty militarne, tak jak dziś uznają to za niewłaściwe eksperci od strzelania zekierowego, np. A. Swoboda w swojej książce Sztuka posługiwania się krótkim łukiem refleksyjnym za pomocą pierścienia łuczniczego.

Nie trzymano również zapasowych strzał w dłoni cięciwnej. Ponieważ ta kombinacja jest możliwa również przy strzelaniu z trzech palców(wówczas zapasowe strzały trzyma się kciukiem), próbowałem tak strzelać. Nie jest to łatwe, strzały w dłoni cięciwnej ją destabilizują. Tym bardziej musiało być zawodne w trudniejszym do opanowania strzelaniu z zekiera. Dlatego obecnie również nie stosują tego polscy łucznicy konni. Pragmatyczni tatarscy wojownicy, by szybko strzelać polegali jedynie na płaskim kołczanie, podobnym do magazynka broni maszynowej, z którego błyskawicznie wyciągali pojedyncze strzały.

Odtwarzam węgiersko-połowieckiego wojownika z XIV wieku i niedawno zacząłem zajmować się konnym łucznictwem. Po latach strzelania z trzech palców, przy którym  podczas strzału prowadzi się strzałę po stronie palca wskazującego dłoni łucznej, nie jestem w stanie przestawić się na strzelanie z zekiera, wymagające prowadzenia strzały po drugiej stronie łuku. Jak się okazuje, nie jest to konieczne, gdyż strzelanie z trzech palców konno jest w pełni historyczne.

Konne łucznictwo nie tylko węgierskie, lecz w ogóle, zostało odtworzone przez Węgra Lajosa Kassai(czyt. Lajosz Koszoj). Zdradzając nieznajomość tematu, wielu strzelających z zekiera powtarza, że powodem, dla którego Kassai strzela z trzech palców, jest utrata przezeń kciuka w wypadku. Tymczasem ten smutny czynnik określa tylko sposób, w jaki kotwiczy on strzałę na cięciwie. 

Różnice w konnym łucznictwie węgierskim i tatarskim w tych samych kluczowych elementach

Łuk węgierski

Łuk staromadziarski był dość długi i posiadał długie, sztywne końce ramion – gryfy(węg. sarvak, rogi). Wywodzi się z łuku huńskiego, którego rozmiary(łuk ze znaleziska z Wiednia ma prawie 2 m!) powodowały, że dolne ramię musiało być krótsze, by można było zeń strzelać z konia. Im dłuższy łuk, tym stabilniejszy. Od czasów Hunów koczownicy eurazjatyccy, Persowie i Bizantyńczycy w łucznictwie konnym używali powszechnie łuków długości nawet 1,6-1,8 m. Sztandarowy typ łuku opracowany przez Kassaia – solyóm(szojum, sokół) ma długość 160 cm, a jego stabilność wspomagają dodatkowo szerokie ramiona. Ten odmienny od tatarskiego łuk był używany przez Węgrów co najmniej do XVI wieku. Tak długie łuki nie zgniatają palców cięciwą.

Współcześni węgierscy konni łucznicy są tak sprawni w posługiwaniu się swoją bronią,  że trafiają do tarcz noszonych przez biegających pomocników

 

Ikonografia huńska, a potem węgierska niezmiennie pokazuje konnych łuczników strzelających z dwóch lub trzech palców. By utrzymać kontrolę nad strzałą podczas jazdy, dłoń naciągająca musi być w położeniu nie pionowym, lecz skośnym. Wtedy palec wskazujący dociska strzałę w do łuku. W zachodnim źródle pisanym z XIV wieku strzelanie z trzech palców przez Węgrów jest główną różnicą między „refleksyjnym” łucznictwem węgierskim a tureckim, opartym na zekierze. Technika „z palców” jest łatwiejsza do opanowania niż z zekiera.

Ponieważ podczas naciągania strzała jest prowadzona po palcu wskazującym dłoni łucznej, możliwe jest trzymanie kilku strzał razem z łukiem. W ten sposób strzelali również inni koczownicy nie używający zekiera: Scytowie, Hunowie, Baszkirzy i jeszcze w XX wieku fińscy myśliwi. Technika ta pozwalała Ősmagyarom górować nad łucznikami zachodnimi i wschodnimi. Według arabskiego źródła z X wieku, w czasie gdy arabski łucznik zakładał jedną strzałę na łuk, koczownik (być może chodziło o Węgra) wystrzeliwał dziesięć. Strzelałem tak dość często z różnych łuków i nie pogarsza to celności ani nie rozprasza uwagi. Zaznaczyć muszę, że używam współczesnych strzał z toczonymi grotami, które błyskawicznie wyciąga się spomiędzy palców. Strzały historyczne z grotami należało wybierać spomiędzy palców, co również nie jest problematyczne. Jak wskazują podobieństwa w ikonografii z różnych kultur, radzono sobie z tym również, trzymając strzały na łuku bliżej grotów.

Jeździec Apokalipsy z Biblii Welisława, z łukiem o cechach łuku węgierskiego i trzymający strzały w dłoni cięciwnej. Dwa palce gotowe do naciągania cięciwy

 

Łucznik węgierski potrafił też używać jako „magazynka broni maszynowej” swojej dłoni cięciwnej. Frankijski Psałterz Utrechcki z I poł IX wieku ukazuje łuczników ze wschodnimi łukami stosujących tę technikę( a także trzymających strzały na łuku). Ich łuki, użycie ich również konno i brak na zachodzie innych przedstawień tej techniki wskazuje, że możliwy był wpływ huński, awarski, może białowęgierski na ilustratora Psałterza(o ogromie wpływów huńskich na wojskowość zachodnioeuropejską zob. mój tekst Hunowie w Europie, „MW” 7/2018).

Jak wspominałem, jest to trudny sposób strzelania, więc występuje w ikonografii rzadziej. Pojawia się na dwóch XIV-wiecznych przedstawieniach Połowców węgierskich z legendy św. Władysława: na freskach z kościołów w Nagy Lomnicz i Homoródkarácsonyfalvie.

Na pierwszym Kun naciąga łuk dwoma palcami, trzymając dwie zapasowe strzały za grot(!) dwoma pozostałymi. Są skierowane w dół pod poprawnym kątem, lecz trzymanie ich gołymi palcami za grot jest niemożliwe. Na obrazie z Homoródkarácsonyfalvy również kąt, pod jakim trzymane są strzały, jest ukazany niewłaściwie. Mimo tych błędów jest pewne, że freski przedstawiają właśnie tą technikę. Stosowanie jej przez trzymanie tuż pod grotem jest możliwe tylko przy strzelaniu z zekiera lub metodą pierwotną(pinch).

Poprawnie dla węgierskiego strzelania z palców ukazuje to czeska Biblia Welisława z II poł. XIV wieku, w której strzela tak Jeździec Apokalipsy, będący konnym łucznikiem. Jego łuk posiada długie, sztywne gryfy jak węgierski. Badając ikonografię dla potrzeby mojego odtwórstwa odkryłem w XIV-wiecznej czeskiej, niemieckiej, a czasami dalszej wiele inspiracji w realiach węgiersko-połowieckich dla przedstawień postaci biblijnych i fantastycznych.

Jeździec Apokalipsy, zarazem konny łucznik, mógł w Czechach kojarzyć się tylko z sąsiadami, Węgrami lub węgierskimi Połowcami, którzy w owych latach nieraz gromili Czechów i Niemców w obronie Polski, używając samych łuków. Także ich technika łucznicza, nadludzka w oczach zachodnich kombatantów, musiała wywoływać określone emocje. W żadnym innym przedstawieniu Jeździec Apokalipsy-łucznik nie trzyma tak strzał.  Można więc przyjąć za możliwy wpływ madziarski na ilustratora Biblii, przez który wspomniany Jeździec używa węgierskiej techniki strzelania, trzymając zapasowe strzały pionowo, kciukiem za środek drzewców. Pokrywa się to z przedstawieniami z Psałterza Utrechckiego. W ten sam sposób zapas strzał w dłoni cięciwnej trzymano też w starożytnym Egipcie, Asyrii, u Eskimosów i w Afryce.

Z moich prób strzelania w ten sposób wynika, że o ile działa to destabilizująco na rękę cięciwną, to dość łatwo osiągnąć samą szybkostrzelność. Zapewne nie miałbym problemów z celnością, gdybym strzelał tak od zawsze. Technika ta jako problematyczna pozostała rzadka i dzisiaj też nikt nie zawraca sobie nią głowy. Nawet niezrównani węgierscy łucznicy.

 

Czym jeszcze wyróżniało się łucznictwo węgierskie?

 

Punkt kotwiczenia. Obecnie większość łuczników w rekonstrukcji historycznej kotwiczy strzałę na wysokości ust. Ikonografia węgierska ukazuje często punkt kotwiczenia w okolicy szyi, lecz jak każda często pomija lub zniekształca szereg elementów. Np. Kronika Ilustrowana jest wiarygodna, jeśli chodzi o stroje, lecz ukazani w niej łucznicy są bez kołczanów.

Te węgierskie przedstawienia, które wyróżniają się wiarygodnością, zgodnie ukazują naciąganie strzały tuż pod okiem lub na jego wysokości, tak jak w większości przedstawień łuczników angielskich. Zapewne wywodzi się to też z tradycji huńskiej - już Prokopiusz z Cezarei pisał, że za jego czasów łucznicy porzucili niskie naciąganie strzały na rzecz skopiowanego od Protobułgarów kotwiczenia przy oku. Sam stosuję takie kotwiczenie, które w łucznictwie wschodnim uznawane jest za najbardziej precyzyjne. Dla odróżnienia, ikonografia tatarska, dokładna i o wysokim poziomie artystycznym, od XIII do XVI wieku zawsze ukazuje naciąg na wysokości kącika ust.

 

„Japońska” technika naciągu. Obraz A. Dürera przedstawiający personifikację śmierci ukazuje ją strzelającą z łuku uniesionego w pozycji wyjściowej nad głową, jak w łucznictwie japońskim. Ten sposób naciągu jest tak wyspecjalizowaną czynnością, że przedstawienie go przez artystę wyklucza zrobienie to z niewiedzy, fantazji lub na potrzeby kompozycji. Jego przedstawienia z Europy pochodzą z całego średniowiecza z ikonografii z Polski(szczególnie południowej), Finlandii, Rusi, okazjonalnie zachodu i Bizancjum. Również w tych dwóch ostatnich regionach kulturowych na ilustracjach strzelają w ten sposób konni łucznicy. Zapewne więc Węgrzy używali jej od początku.

Na podstawie własnych doświadczeń(wyłącznie pieszo) mogę ocenić, że technika „japońska” dawała zachowanie wysokiej celności przy strzelaniu z łuku o dużym dla łucznika naciągu. W przeciwieństwie do łucznictwa japońskiego, w którym tej techniki używa się głównie w strzelaniu ceremonialnym, wojownicy i myśliwi węgierscy wyciągali z niej korzyści w prawdziwej walce. W związku z tym, przystępując do strzelania tą techniką, nie konsultowałem się z łucznikami trenującymi japońskie łucznictwo ceremonialne, poprzestając na wnioskach z ikonografii.

Pierwsza sekwencja to uniesienie łuku nad głowę w wyciągniętej ręce. Druga to opuszczanie go połączone z jednoczesnym wypychaniem w stronę celu oraz ciągnięciem strzały. Dwie ostatnie czynności muszą być wykonywane na tym samym poziomie i z tą samą szybkością. Po zakotwiczeniu utrzymuje się na czas celowania naciągnięty łuk, pchając cały czas rękę łuczną i ciągnąc cięciwną.

Po jakimś czasie zarzuciłem tę technikę, lecz jest obecnie bardzo popularna wśród użytkowników łuków tradycyjnych. Stosuje ją też A. Swoboda i poleca w swojej książce.

Konne łucznictwo węgierskie nie zanikło w X-XI wieku. W XII wieku na węgierskich turniejach oprócz walk na kopie były konkurencje łucznicze oraz, tylko dla książąt, kusznicze. Jak podkreśla anonimowy autor kroniki Gesta Hungarorum, turnieje łucznicze były elementem dawnej, własnej tradycji, nie zaś zapożyczeniem. Analogicznie w Bułgarii tradycyjne zawody łucznicze przetrwały do lat 20 XX wieku(!!!) i nie była to jedyna huńska pozostałość w ówczesnej bułgarskiej kulturze ludowej. W ogóle, jak pisał A. Biró w artykule Dating (with) weapon burials and the 'Waffenwechsel'. Preliminary report on Viking-age swords in the Carpathian Basin brak dowodów na generalne odrzucenie przez Węgrów po X wieku tradycyjnej wojskowości i przyjęcie zachodniej. Świadczy o tym również ciągłość między wczesnośredniowiecznymi szablami awarskimi i ősmagyarskimi a późnośredniowiecznymi węgierskimi – ale to temat na odrębny tekst.

 

Kołczan

 

Kołczan autora, wykonany przez Sebastiana Śwista 

Również typ kołczanu – tubularny - nie zmienił się na Węgrzech od czasów huńskich po pierwszą połowę XVI wieku, mimo sąsiedztwa Złotej Ordy i Turcji, gdzie od początku XIV wieku używano kołczanu płaskiego, kojarzonego dziś z XVII-wieczną Polską.

Odtwarzając węgiersko-połowieckiego konnego łucznika, również w przypadku kołczanu wziąłem pod uwagę wszystkie realia kształtujące kulturę materialną Węgrów i Połowców, używających tego samego typu kołczanu.

Pierwszym był wybór surowca. Kołczan tubularny, używany od VI do XVI wieku od Chin po Europę zachodnią, wykonywano z kory brzozowej, skóry lub drewna. Dwa pierwsze wykorzystywano na bezdrzewnym stepie. Drewno w Europie zachodniej i północnej, gdzie było o nie łatwiej, a trudniej o skóry. Do takich sytuacji musiało dochodzić często podczas konsekwentnie stałego osadnictwa huńskiego, a potem awarskiego, węgierskiego i połowieckiego na terenie dzisiejszej Austrii, Szwajcarii czy w tych regionach Węgier, które były pozbawione stepu.

Potwierdza to znalezisko z Altdorfu z VII wieku, w którym zachodni łucznik został pochowany z kołczanem z lipy. Został skopiowany od Hunów czy Awarów lub na nich zdobyty. Ponieważ moja postać również korzystała z miejscowego rzemiosła, zdecydowałem się na kołczan lipowy. W XV-wiecznej Polsce kołczany tego typu wykonywano właśnie z drewna i zakazywano obciągania drogą skórą.

Ten typ kołczanu ma Władysław Jagiełło na portrecie konnym z Lublina z 1418 roku. Tu można jak najbardziej brać pod uwagę wpływ węgierski, a nie tatarsko-ruski(jak wspomniałem wyżej, u Tatarów kołczan tubularny był zastępowany przez płaski co najmniej od początku XIV wieku). Wskazuje na to też występowanie go w ikonografii z zachodniej Polski, Czech i Niemiec.

Wnętrze mojego zostało wyklejone lnem zgodnie ze znaleziskiem połowieckiego kołczanu z Kaukazu. Podczas moich prób konnych okazało się, że strzały nie mogą być umieszczone grotami do góry, tak jak to zawsze ukazuje ikonografia, gdyż w trakcie jazdy wypadną.

Poza tym, przy dobywaniu tak ułożonych pojedynczych strzał, przekręcanie ich do właściwej pozycji opóźniałoby strzelanie, co jest niedopuszczalne podczas szybkiej jazdy. Gdy są włożone opierzeniem do góry, można bardzo szybko dobywać kolejnych strzał.

Drewniany materiał kołczanu okazał się trafnym wyborem dla węgierskiego łucznika jeszcze w jednej kwestii. XIV-wieczna relacja mówi, że dowódcy węgierscy sygnalizowali manewry, grzechocząc kołczanami – słyszeli to swoi, lecz nie wrogowie. Z moich doświadczeń wiem, że do tego zdecydowanie lepiej nadaje się kołczan drewniany(działa jak pudło rezonansowe) niż skórzany czy korowy. Dzięki takiej sygnalizacji i manewrom konne łucznictwo węgierskie identyczne jak to z X wieku, było nadal efektywne. W 1286 roku rycerze niemieccy zostali rozbici przez samych konnych łuczników w bitwie opisanej przez von Steiera w Kronice Rymowanej.

Tutaj przejdę do kolejnego czynnika wpływającego na efektywność węgierskich strzelców konnych. Tatarzy, zarówno w czasach wielkich podbojów Czyngisa i Timura, jak i krymscy w XVII wieku, walczyli dużymi armiami. Wbrew utartej opinii dużą rolę odgrywała ciężka jazda i inne rodzaje wojsk. Małe oddziały, uzbrojone głównie w łuki, jeśli działały samodzielnie, były zdolne tylko do rabunku, zwiadu czy dywersji.

Tymczasem Węgrzy podczas kalandozasok, na kluczowe wyprawy, mające zmienić bieg wojen, mogli często wysyłać od kilkuset do kilku tysięcy wojowników. Mimo to ich skuteczność była bezdyskusyjna. Stosowali również ciężką jazdę, lecz to nieliczni konni łucznicy okazali się główną siłą ofensywną. Wynikało to również z doskonałego wyszkolenia w manewrach, przemarszach i współdziałaniu oddziałów ze sobą i z sojusznikiem. Wokół idących komuników krążyli zwiadowcy, przekazujący sygnały rogami. Odpowiednio do sytuacji, wojownicy stawali błyskawicznie w wybranej formacji. Jak inni koczownicy, potrafili szybko tworzyć tabor, którego wynalezienie przypisuje się niesłusznie husytom. Analogiczne zdolności posiadała wojskowość przedkrzyżackich Prusów i Jaćwingów, w których kulturze zaznaczają się wyraźne elementy koczownicze.

 

Jeździectwo

Połowiec z fresku kościoła w Homoródkarácsonyfalvie

 

Zwycięstwa zapewniało szybkie przemieszczanie się koczowniczej armii. Podobnie jak Tatarzy, Węgrzy przebywali 100 km dziennie, jednak nie w celach rabunkowych, lecz by zaskoczyć wojsko wroga. Przykładowo, w 1161 roku odbyła się ostatnia piastowska wyprawa na Kijów. Polacy i Węgrzy Polacy i Węgrzy ruszają na kalandozas w obronie praw Mścisława Izjasławicza, zagrożonego przez Jurija Dołgorukiego. Ten, jak wskazuje miano, miał długie ręce – intryg. Na bezmiarze ruskiego stepu do ciągnących wojów dociera poseł,  mówiąc, że Prusowie uderzyli na Mazowsze, być może z inspiracji Dołgorukiego. Dzięki szybkości działania, jak w latach 900-970, Węgrzy i Polacy rozbili Prusów i ruszyli na Kijów, pokonując zaskoczonego takim obrotem spraw Jurija. Mścisław został wielkim kniaziem.

Szybkie przemarsze, strzelanie z konia i walka szablą były wynikiem doskonałego opanowania sztuki jeździeckiej przez naród Attyli. Decyduje tutaj fakt dosiadania konia przez dzieci, nim nauczą się chodzić i mówić, jak i inny dosiad niż w zachodniej Europie czy w jeździectwie arabskim, gdzie z tego powodu wykluczone było konne łucznictwo. Na Bliskim Wschodzie od starożytności konni łucznicy strzelali z pozycji nieruchomej i szybko przejęli to Turcy, rezygnując z armii typu koczowniczego. Toteż, gdy w XIV wieku uderzyli na Węgry, nie mieli równych im konnych łuczników.

W walce konnej o zwycięstwie tak w pojedynku, jak i walce całych oddziałów, decyduje wyższość jeździectwa, a nie uzbrojenia. Przykładowo, w X wieku, gdy dochodziło do walki wręcz, Madziarowie potrafili w jednej chwili przerwać krzyżowanie ostrzy i ruszywszy z miejsca galopem, po paru skokach przejść w cwał i odjechać. Jeszcze w 1848 roku, gdy habsburski kawalerzysta z bronią palną stawał naprzeciw Węgra uzbrojonego w bat, nie był w stanie go trafić, a powstaniec batem zabierał mu broń.

Podobnie wyglądała sytuacja u Prusów przedkrzyżackich i w Polsce przed wprowadzeniem anglezowania. Do XIX wieku Polacy budzili w zachodnich obserwatorach podziw, bo dosiadali koni inaczej, nie anglezowali, tylko ruszali z miejsca galopem. Nie mówiąc o tym, jak na morale zachodniego wroga działał widok polskich jeźdźców atakujących cwałem…

Dzisiaj węgierscy, a nie np. australijscy czy holenderscy konni łucznicy są mistrzami świata, co dowodzi, jak kolejne pokolenia przekazały następnym tę umiejętność po przodkach. Ten sport jest przez Węgrów łączony z wartościami, które wyznawali dawni wojownicy. Poszanowanie własności prywatnej i inne wartości węgierskie określają dzisiaj Madziarów tak, jak robiły to za Attyli, Koppanya czy Rakoczego.

Współcześni węgierscy mistrzowie konnego łucznictwa są krzewicielami własnej historii i przekazywania jej dalej w myśl madziarskiego przysłowia: z przeszłości trzeba zabrać ogień, a popiół zostawić.

Współczesna węgierska grafika, zawierająca między innymi nawiązanie do tradycji konnego łucznictwa 

 

Tymczasem w Polsce przeszłość postrzega się często szkodliwie: przez pryzmat nostalgii lub zapomnienia, a polskie łucznictwo historyczne niesłusznie jako wynik obcych wpływów. Współcześni konni łucznicy polscy, mimo bycia w światowej czołówce, nie szerzą patriotyzmu jak węgierscy – ani nie wychodzą z tym sami, ani nie ma wobec nich takich oczekiwań ze strony Polaków. I niewielu wie, że silne związki Polaków, Węgrów i Chorwatów wynikają z faktu pochodzenia z jednego scyto-sarmackiego korzenia.

 

Jakub Juszyński 

 

Autor jest z wykształcenia historykiem, zajmuje się historią Węgier, Połowców węgierskich, Polski Piastowskiej i Prus. Publikuje w „Mówią Wieki”, „Pruthenii” i „De Re Militari”, opublikował też w „Nowej Fantastyce” opowiadanie „Z latopisów Białej Ziemi”. Para się rekonstrukcją historyczną Węgier i działa w Stowarzyszeniu Jeździeckim „Szarża”.

 

Wydarzenia polecane przez Instytut