Back to top
Przeżycie groźby zagłady jako wspólne doświadczenie Europy Środkowej


Wbrew oczekiwaniom i nadziejom polityków, a także społeczności składających się na Unię Europejską, podział na tak zwaną „starą” i „nową” Unię wcale nie wygasa. Przeciwnie, możemy dostrzec dość wyraźne symptomy jego umacniania się, dzięki czemu coraz lepiej widoczny staje się również rozległy zakres różnic pomiędzy krajami i społeczeństwami zamieszkującymi obie strony niegdysiejszej żelaznej kurtyny. I to różnic nie tylko – i już nie przede wszystkim – ekonomicznych. Oto bowiem najbogatsze regiony Polski, Węgier, Czech czy krajów nadbałtyckich nie odbiegają już od średniej dla krajów „starej” Unii, a nawet ją przewyższają. Współczynniki makroekonomiczne krajów Grupy Wyszehradzkiej już dziś są lepsze niż Grecji, Hiszpanii, Portugalii czy południowych Włoch. A jednak owo ekonomiczne „spłaszczenie” nierówności (do pewnego stopnia rzecz jasna) nie uruchomiło mechanizmu melting pot w Europie. I to pomimo faktu, iż procesom modernizacyjnym w „nowej” Unii towarzyszyły – i nadal towarzyszą – intensywne działania ideologizacyjne, mające implementować na terenie całej Unii jednolity światopogląd liberalno-lewicowy. Dobrze znane są działania rozmaitych organizacji pozarządowych, instytutów kulturalnych, fundacji, agend rozwoju finansowanych z budżetu europejskiego, szkół tudzież rozmaitych mediów społecznościowych, działających na rzecz „zjednoczonej” Europy; i nie tylko zjednoczonej, ale też kulturowo zunifikowanej, czyli wolnej od balastu partykularnych tożsamości narodowych i religijnych. Owe „silne” tożsamości uznano bowiem za szkodliwe i niebezpieczne dla pokojowego współżycia ludzi. One to bowiem – założono to jako pewnik - w przeszłości prowadziły do konfliktów, wojen oraz czystek etnicznych i religijnych, czego świadkiem był najbardziej ponury w dziejach Zachodu wiek XX. Tożsamości te różnicują, a jeśli różnicują to i konfliktują, są za „twarde”, sztywne, w zbyt małym stopniu negocjowalne, a przez to konfrontacyjne. Trzeba je zatem możliwie osłabić, a najlepiej w ogóle usunąć, a wówczas – najprościej rzecz ujmując – po prostu nie będzie o co się bić, przynajmniej jeśli chodzi o sferę aksjologiczno-światopoglądową. A jako że kolejną główną przyczyną konfliktów jest rodząca agresję i radykalizm bieda to należy również i ją w najbardziej dokuczliwych odsłonach zlikwidować. Nie oznacza to oczywiście realnego wyrównania bogactwa. Rzut oka na mapę ekonomicznego rozwoju Europy pozwala od razu dostrzec, iż od poszerzenia Unii w 2004 roku bogatsi stają się jeszcze bogatsi, relatywnie „odskakują” całej reszcie Europy. Niemcy zachodnie, kraje Beneluxu, Anglia z aglomeracją Londynu, północne i środkowe Włochy po Rzym oraz północno-wschodnia Francja z Paryżem stanowią ścisły rdzeń bogactwa i rozwoju europejskiego, wciąż powiększając swoją przewagę nad innymi regionami. Jednak część zasobów „ścisłego rdzenia” – trzeba przyznać - spłynęła również na kraje „nowej” Unii, przyczyniając się do ograniczenia sfer rzeczywistego ubóstwa, sfer jeszcze w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia bardzo rozległych. Po latach kryzysu i poczucia beznadziei, które stały się ich udziałem, spowodowało to prawdziwy wybuch entuzjazmu dla idei Unii Europejskiej w krajach Europy Środkowej. Współczynniki „euroentuzjazmu” poszybowały wysoko w górę, a i zapał do porzucania anachronicznych, ciasnych i sztywnych tożsamości narodowych oraz religijnych sięgnął zenitu. Tak iż wydawać się mogło, przynajmniej w latach 2004-2008 - ale także  później - że przewidywania socliberałów, nowej lewicy (silnie powiązanej z międzynarodowym kapitałem korporacji i organizacji pozarządowych) oraz neoliberałów okazały się słuszne: jeśli zagwarantować ludziom jakieś w miarę godziwe warunki ekonomiczne – twierdzili oni - i metodą mniej lub bardziej subtelnej perswazji, za pośrednictwem lokalnych elit, przekonać ich, że tradycyjne tożsamości kulturowe są passe, a ponadto szkodliwe i kołtuńskie, to istotnie uda się zbudować nowy, wspaniały, homogeniczny kulturowo świat – prawdziwe Stany Zjednoczone Europy. Pod skuteczną zasłoną owego entuzjazmu polityczne i intelektualne elity Brukseli rozpoczęły równocześnie gruntowną  przebudowę samego projektu Unii Europejskiej. Najkrócej mówiąc polegała ona na odejściu od pierwotnego założenia opartej na fundamencie chrześcijańskim Europy Ojczyzn (wolnych i równych, ale przecież całkowicie odmiennych narodów), postulowanej przez Schumana, Gaspariego i Adenauera do koncepcji europejskiego, ujednoliconego kulturowo superpaństwa, odwołującego się do ideałów rewolucji kontrkulturowej ’68, neomarksizmu Gramsciego i Spinellego oraz relatywizmu kulturowego. By skuteczniej implementować nowe ideały rozpoczęto również szeroko zakrojoną kampanię promocji ojkofobii i christianofobii: intelektualne elity Zachodu poczęły wzywać już nie tylko do zdystansowania się od tradycyjnych tożsamości kulturowych, nie tylko do ich „sprywatyzowania” i ukrycia w sferze intymnej, ale do bezwzględnego zwalczania tradycyjnych modeli kulturowych jako ksenofobicznych, homofobicznych, dyskryminacyjnych, wykluczających itp. Propagandowa machina zwalczanie tradycyjnych tożsamości kulturowych nabrała rozpędu podczas kryzysu emigracyjnego z roku 2015 (i trwającego w latach kolejnych). Lawinowy wzrost obecności uchodźców i imigrantów całkowicie obcych kulturowo, maszerujących niekończącymi się kolumnami przez całą Europę, nierzadko objawiających elementarny brak poszanowania dla europejskich norm zachowania i kultury, domagał się zaszczepienia społeczeństwom zachodnim prawdziwej „tyranii skruchy”, uniemożliwiającej jakąkolwiek krytykę nieodpowiedzialnych decyzji unijnych – głównie niemieckich - polityków. W myśl jej mechanizmu każdy kto protestował lub choćby wygłaszał nieprzechylne uwagi w odniesieniu do tego niekontrolowanego, masowego przepływu ludzi, określany był mianem „białego supremacjonisty”, faszysty, rasisty, ksenofoba – słowem duchowego spadkobiercę Hitlera i Goebbelsa. A postawom tym – uznano - winna jest właśnie tradycyjna kultura europejska, oparta na chrześcijaństwie, filozofii greckiej, rzymskim prawie i państwach narodowych. Ona to już raz doprowadziła do Holocaustu i doprowadzi znowu, jeśli nie podejmiemy energicznych kroków „uświadamiających” jej toksyczność. Założenie elit socliberalnych było i pozostaje zatem jasne: wszystko jest lepsze od chrześcijańskiej kultury łacińskiego Zachodu, choćby miał to być agresywny islam, wojujący neomarksistowski ateizm czy ideologia eksperymentów socjobiologicznych spod znaku LGBT.

            Jak się okazało to właśnie moment kryzysu migracyjnego – rok 2015, który zbiegł się w Polsce z wyborczą wygraną Prawa i Sprawiedliwości – miał ujawnić wiele, głębokich, lecz słabo dotąd widocznych, kulturowych różnic pomiędzy „starą” i „nową” Unią. Medialna dyskusja – by nie powiedzieć awantura – rozlała się na cały kontynent, doprowadzając do krystalizacji przeciwstawnych systemów wartości oraz zupełnie odmiennych wizji Europy. Fala medialnej i politycznej nienawiści spadła najpierw na Viktora Orbana, ze względu na jego odmowę wpuszczania imigrantów na teren Węgier, a następnie podjęcie budowy umocnień granicznych, mających zapobiegać nielegalnemu przekraczaniu przez nich granicy. Potem w ogniu krytyki znalazła się również Polska za nieprzyjęcie forsowanego przez Brukselę mechanizmu relokacji imigrantów. Niemcy z kolei, jako najsilniejszy gracz europejski i przedstawiciel ideologii o raz interesów starej Unii, dały się poznać jako główny motor napędowy nielegalnego napływu ludzi na kontynent, w ramach tak zwanych Willkommenspolitik i Willkommenskultur. Od tej chwili miało być tylko gorzej – skala wzajemnego niezrozumienia (a nawet niechęci ) rosła: w Niemczech i Francji wprost pojawiły się głosy, że Europa Środkowa „nie dojrzała” do Unii, ponieważ nie chce przyjąć na siebie humanitarnej odpowiedzialności za uchodźców, że jest szowinistyczna i zamknięta w sobie (tak to przynajmniej przedstawiały elity rządzące i środowiska opiniotwórcze), w końcu, że sama korzystając z różnych form pomocy Zachodu nie potrafi udzielić jej potrzebującym. Że więc jest kulturowo „zacofana” i nie pasuje do otwartych społeczeństw obywatelskich Zachodu. Cóż zatem spowodowało tę radykalną różnicę zdań w kwestii imigracyjnej i – jak się miało okazać – w ogólnym stosunku do historycznej kultury europejskiej oraz wizji jej przyszłości? Dlaczego narody Europy Środkowej (ujmowane przez pryzmat rządzących w nich większości) zupełnie inaczej oceniają kondycję współczesnej Europy oraz jej perspektywy niż ich zachodni sąsiedzi? Co jest podstawowym źródłem owego wzajemnego niezrozumienia i wzrastającej nieufności?

            Przyczyny tego stanu rzeczy są nader oczywiście liczne i złożone, a zatem nie sposób ich tu wszystkich omówić czy choćby nawet przywołać. Nie ulega jednak wątpliwości, że przyczyny owe nie tkwią jedynie w zawiłościach współczesnej wewnątrzunijnej polityki. Ich źródłem nie jest nawet samo jedynie doświadczenie czterdziestu pięciu lat komunizmu, ale sięgają one daleko dalej w głąb dziejów. Najgłębszą przyczyną niezrozumienia Europy Środkowej przez nową Unię jest bowiem fundamentalne i formacyjne doświadczenie zagrażającej zagłady narodu. Chodzi o zagładę polityczną, kulturową, a w końcu także biologiczną. Nieco górnolotnie – ale bez przesady – można powiedzieć, iż każdy z narodów żyjących pomiędzy Atenami a Tallinem miał okazję spojrzeć swej śmierci prosto w oczy. Niekiedy przyczyną zagrożenia były najazdy ludów sąsiednich - Turków, Tatarów, Rosjan, czy Niemców - niekiedy zaś to same narody Europy Środkowej stwarzały nawzajem dla siebie takie zagrożenie. I tak (by podać tylko kilka przykładów, bo pełna lista obaw byłaby bardzo długa), Polacy stanowili niebezpieczeństwo wynarodowienia dla Litwinów oraz Ukraińców, następnie sami byli nim zagrożeni ze strony Rosjan i Prusaków, a później Niemców pruskich i habsburskich. Węgrzy zagrażali Słowakom i Wołochom, ale sami napotykali niebezpieczeństwo dla swego bytu narodowego ze strony Turków, a później niemieckich Habsburgów. Owe niebezpieczeństwa mogły być warunkowane w miarę pokojową akcją implementacji obcej kultury i języka (przykład Polski i Litwy) lub też wiązać się z bezpośrednimi atakami militarnymi (Turcja przeciw Serbii, Bułgarii i Węgrom czy Rosja i Niemcy przeciw Polsce). Zachodziły również warianty mieszane: po krwawej wojnie zdobywczej, następowały dziesięciolecia pełzającego kulturkampfu (Czechy po bitwie na Białej Górze, Polska w okresie porozbiorowym, zwłaszcza po powstaniu listopadowym). Wszystkie środkowoeuropejskie narody mają w swej historii symboliczne daty, oznaczające początek heroicznych walk o przetrwanie, walk ciągnących się nieraz setkami lat i pochłaniających setki tysięcy i miliony ofiar: Bitwa na Kosowym Polu (1389) dla Serbów, Mohacz (1526) dla Węgrów, Biała Góra (1620) dla Czechów, Maciejowice (1794) dla Polaków. Oczywiście poszczególne wymienione powyżej wydarzenia historyczne dalece się różniły jeśli chodzi o całościowy kontekst polityczny i militarny. Niemniej, z punktu widzenia pamięci historycznej i transmisji kulturowej, były podobne: stanowiły momenty zagrożenia fundamentalnego, sięgającego samych biologicznych i kulturowych podstaw narodowego bytu. 

Szczególne podobieństwa można dostrzec w tym kontekście pomiędzy Polską a Węgrami. Oba narody – węgierski i polski – stworzyły w przeszłości struktury państwowe daleko wykraczające poza wąski etniczny obszar rdzeniowy, promieniując politycznie i kulturowo na ludy sąsiednie; oba oparte były na strukturze szlacheckiej – oba też były i pozostały w przeważającej mierze katolickie, stanowiąc centrum „katolickiego pasa”, ciągnącego się południkowo od Chorwacji po Łotwę. Po okresie świetności obie te wspólnoty polityczno-historyczne zostały najpierw osłabione i okrojone, a potem całkowicie pozbawione państwowości na skutek rozbiorów. Oba narody musiały w związku z tym walczyć o utrzymanie swojej kulturowej odrębności. Oba w końcu, odzyskawszy już niepodległość, musiały pogodzić się z ogromnymi i bolesnymi stratami terytorialnymi.

            Doświadczenie utraty terytorium wraz dziedzictwem kulturowo-historycznym to cios bardzo bolesny. Dla Polski utrata Galicji ze Lwowem, dla Węgier zaś Siedmiogrodu z Kolozsvarem stały się prawdziwymi polityczno-kulturowymi traumami, których skutki są odczuwalne do dziś. Jednak chodzi tu o coś więcej. O coś czego Anglicy, Francuzi, Holendrzy czy Niemcy prawdopodobnie nigdy w pełni nie zrozumieją, bo też nigdy dotąd czegoś podobnego nie doświadczyli – o fundamentalną groźbę nie-bycia. Owszem, Francuzi stracili Algierię, a Brytyjczycy Indie, co zapewne było dla nich bolesne i upokarzające. Ale nikt nigdy nie zabijał masowo Francuzów na ulicach Paryża tylko dlatego, że byli Francuzami; lub Anglików za mówienie po angielsku na ulicach Londynu. Narody te nie mają tedy – i nie mogą mieć - pojęcia co znaczy być pozbawionym już nie tylko własnej państwowości, ale choćby autonomii w zakresie oświaty czy kultury; co znaczy być prześladowanym z racji samego pochodzenia etnicznego czy wyznania. A zatem dla zdecydowanej większości krajów nowej Unii terminy takie jak „wynarodowienie”, „inwazja kulturowa”, „utrata tożsamości”, „anihilacja kulturowa” są ezoterycznymi i egzotycznymi pojęciami naukowymi. Dla Europy Środkowej stanowią zaś wciąż żywe i przekazywane w pamięci rodzinnej doświadczenie historyczne.

Dla Polaków najtragiczniejsze okazały się wieki XIX i XX, a szczególnie okres II wojny światowej, kiedy to przede wszystkim hitlerowski okupant nie ukrywał, iż jego celem jest fizyczna likwidacja narodu polskiego. Znowuż stalinowska Rosja deklaratywnie „uwalniała” masy robotniczo-chłopskie, a w rzeczywistości prowadziła nie mniej brutalną politykę eksterminacyjną (zwłaszcza w odniesieniu do elit intelektualnych) niż niemieccy naziści. Dla Węgrów szczególnie dramatyczny był oczywiście Trianon, pozbawiający ich dwóch trzecich terytorium oraz komunistyczny terror Matijasa Rakosiego i stalinistów, zakończony krwawo stłumioną rewolucją węgierską. Są to więc doświadczenia stosunkowo świeże i mocne, pozostające w pamięci żyjących świadków. Nazizm i komunizm (choć w niejednakowym stopniu w poszczególnych krajach Europy Środkowej) stanowiły zatem ostatnie próby zgładzenia ludów tego obszaru, który Timothy Snyder określił mianem „skrwawionych ziem”[1], a Jacek Bartosiak „strefą zgniotu”[2] między wielkimi mocarstwami. Tylko podczas ostatniej wielkiej wojny zginęło na tym terenie czternaście milionów ludzi. Polska utraciła 17,2% populacji, Białoruś 25.6%, Ukraina 16,3%, Litwa 14,3%, Łotwa 13,7%, Jugosławia 11%, Węgry 6,2%. Dodać do tego należy, że ponurym doświadczeniem mieszkańców owych krajów była także obserwacja niemalże całkowitej zagłady społeczności żydowskiej oraz romskiej w tej części Europy. Dodatkowo umacniało to przekonanie, że perspektywa zupełnego wyniszczenia nie jest jakimś mrocznym political fiction, ale jak najbardziej realnym zagrożeniem. Co gorsza, zagrożenie owo nie ustąpiło tu wraz z upadkiem III Rzeszy – jak stało się to na zachodzie kontynentu. Dla wszystkich krajów Europy Środkowej upadek ów oznaczał nową okupację i nową próbę zniszczenia lokalnych, historycznych tożsamości, by w ich miejsce mógł powstać internacjonalistyczny komunista – homo sovieticus. Choć komunistyczne reżimy na ogół nie były aż tak ludobójcze jak hitleryzm, to w dłuższej perspektywie prowadziły do tego samego: zniszczenia kultury, eksterminacji elit i likwidacji niepodległego bytu narodowego.

Jeśliby polityczne i intelektualne elity nowej Unii zechciały zadać sobie trud przyjrzenia się zarówno tej najnowszej, jak i trochę starszej historii swoich środkowoeuropejskich partnerów być może nieporozumień byłoby mniej. Być może pojęłyby i zaakceptowały odruch obrony i zachowania swoich kultur oraz tożsamości w kontekście współczesnych wielkich ruchów migracyjnych czy intensywnie promowanej przez Zachód, lewicowo-liberalnej „polityki kulturalnej”. Zachód rozumie bowiem jakoś zagrożenie faszystowskie, ale na ogół kompletnie nie pojmuje już zbrodniczości komunizmu oraz jego duchowych następców i kontynuatorów – te bowiem ideologie nigdy nie stały się przedmiotem jego rzeczywistego doświadczenia. Społeczności Zachodu dostrzegają tedy jego istotowego zakłamania, wedle którego nie tylko można, ale i trzeba za pięknymi hasłami skrywać zabójczą praktykę polityczną, wedle którego kłamstwo gabinetowej ideologii ma stać się urzędową „prawdą” oraz „pałką i kneblem” na przeciwników politycznych. Nie chcą dostrzec destrukcyjnych dla tkanki społecznej skutków eksperymentów społecznych czy degradacji kultury pozbawionej odniesienia do religii i wartości wyższych. Dla nas, ludzi skrwawionej Europy środkowej, taka polityczna krótkowzroczność i kulturowa ślepota, jest czymś absurdalnym i na dłuższą metę nie do przyjęcia. Czy kraje starej Unii będą musiały przejść doświadczenie nadciągającej zagłady, by oprzytomnieć i powrócić do swoich korzeni? Nie życzymy tego nikomu. Mamy jednak nadzieję, że zaczną słuchać tych, którzy przeszli przez piekło utopii „nowych, wspaniałych światów”. Bo to my mamy im dzisiaj coś do powiedzenia.        

 

 

[1] Patrz: T. Snyder, Skrwawione ziemie. Europa między Hitlerem a Stalinem,  przeł. B. Pietrzyk, Warszawa 2015.

[2] Patrz: J. Bartosiak, Rzeczpospolita między lądem a morzem,. O wojnie i pokoju, Warszawa 2018.

 

 

 

Bartosz Jastrzębski 

 

Autor jest doktorem habilitowanym kulturoznawstwa, filozofem, pisarzem i etykiem, wykłada na Uniwersytecie Wrocławskim.

 

Wydarzenia polecane przez Instytut