Back to top
Co to za kraj, w którym i teraz wydarzenia z '56 można nazywać kontrrewolucją?


W dniu pamięci ofiar reżimu komunistycznego

 

1.

 

Sto pięćdziesiąt. Niemal sto pięćdziesiąt razy Tibor Pákh był poddawany w więzieniu elektrowstrząsom. Aplikowali je różni lekarze. Będąc przytomnym, musiał znosić ból i działanie prądu elektrycznego aż do omdlenia. Był więźniem politycznym – nie wyrzekł się prawdy, nie wyrzekł się '56, prowadził głodówkę, buntował się, przemawiał, konfrontował się, demaskował nikczemność reżimu komunistycznego. Przeżył. Chociaż wielu nie przeżyło.

 

Tibor Pákh ma dziś prawie sto lat, a wciąż wypowiada się jasno i wyraźnie. W domu jest sam, żyje we własnym mieszkaniu, ale samotnie. Nikt już nie nosi jego nazwiska. Ukochana żona urodziła, gdy został aresztowany. Lekarze traktowali ją okrutnie, gnietli, naciskali na brzuch, dziecko żyło jedynie kilka dni. Kiedy w 1971 r. Tibor Pákh wyszedł na wolność, dla jego żony było już za późno na zajście w ciążę. Więcej się nie starali. Łącząca ich miłość musiała być bezgraniczna, bo żona od niego nie odeszła. Nagabywali ją prawnicy i funkcjonariusze służby bezpieczeństwa, różne reżimowe kanalie – po to, żeby w końcu się z nim rozwiodła. Nie zrobiła tego. Chociaż wiele uległo szantażowi.

 

Na jednej ze ścian mieszkania wiszą półki, na nich siedzą lalki, mnóstwo lalek. Zbierała je żona Tibora Pákha, która zmarła kilka lat temu, a sędziwy prawnik zostawił kolekcję na pamiątkę. Oczy zaszły mu łzami, kiedy podczas wywiadu patrzył na lalki i o nich mówił. Czeka, aż się spotkają. Jest głęboko wierzący i pewny, że tak właśnie będzie.

 

2.

 

Teraz zejdźmy niżej, o wiele niżej. Jeśli istnieje Piekło i przebywa w nim János Kádár, to pewnie czasem robi przerwę w użalaniu się nad sobą, być może się wtedy uśmiecha. Spogląda w górę, zażółcone kartoflanką palce wyciera w zakrwawiony fartuch, wyniośle kiwa głową w kierunku Niebios. »Wygrałem, psy! Wygraliśmy!«. Jakkolwiek jest to tragiczne, ten zdrajca, ten judasz sprzedający podrabiany gulasz ma trochę racji.

 

Nadal nazywają wydarzenia z '56 kontrrewolucją. Milicja Robotnicza powstała na nowo jako organizacja pozarządowa i ogłasza publicznie: to nie była rewolucja. Ci młodzi i starzy towarzysze pozują w mundurach milicjantów, z czerwoną gwiazdą na czapkach. Gdyby chociaż mieli je wyryte na czole, ale nie... nie są aż takimi komunistami. Podobno nie można ich pozwać. Kto wie, może jeśli nie spodoba im się ten artykuł, przyjdą do redakcji, by podobnie jak ci od Józsefa Pogánya urządzić bijatykę i narobić rabanu. Albo nas rozpędzić.

 

Wiele osób zna tę ostatnią przemowę Jánosa Kádára, podczas której leciwy dyktator wzdrygnął się na myśl o samoułudzie, o wielkim kłamstwie narzuconym całemu społeczeństwu i zakłopotany zaczął się jąkać – jako ten zniedołężniały starzec wspominał »tamtego człowieka«, Imre Nagya, którego nazwiska nawet wtedy nie był w stanie wymówić, nazwiska swojego towarzysza, wspólnika, który dopuścił się zdrady. Ta przemowa to epitafium dla węgierskiego komunizmu, choć nie tak genialna jak „Epitafium” King Crimson. Kádár umarł, jego ogłupione owieczki pożegnały się z nim, nadeszła transformacja ustrojowa, wielkie nadzieje i wybijający ze snu policzek w twarz. Współcześnie: csicskalángos ('plaskacz'). Takie nieładne określenie tego beznadziejnego okresu.

 

Z rozliczenia nic nie wyszło. Dyktatorom włos z głowy nie spadł, były kufajkowiec Gyula Horn już w 1994 r. został premierem, aby w 2002 r. podążył za nim były tajny współpracownik. Żałosne – moglibyśmy zachichotać, gdyby stawką nie było nasze życie. Gdybyśmy wszystkiego, co jest teraz, nie zawdzięczali wspólnemu tchórzostwu. Wspólnej niepewności. Wspólnej zdradzie.

 

Co się stało? Tak długo dusili to społeczeństwo w garze gulaszu, aż całkiem zmiękło? Dlaczego pozwoliliśmy, żeby radykalni reformatorzy odeszli, umarli jeden po drugim jak György Krassó i Dénes Csengey? Dlaczego zgodziliśmy się, żeby ludzie Horna śmiali nam się w twarz? Żeby zapity komunista dowodził krajem? Ktoś, kto po prawdziwej transformacji ustrojowej trafiłby do sklepiku cioteczki Lenke z postkomunistycznych „Sąsiadów”. »Wujaszek Gyuszi, zapijaczony bolszewik« – do takiej roli był predestynowany stary Horn, a zamiast tego dzisiaj ma własną salę w Parlamencie Europejskim. Własna sala – jeszcze jedno splunięcie na zwłoki bezimiennych bohaterów węgierskiej rewolucji. Coś nam się musiało przypalić przy pichceniu komunistycznych reformatorów.

 

3.

 

Przez ciało Tibora Pákha wielokrotnie przepuszczano prąd o wysokim napięciu dlatego, że zażądał wyrzucenia policji politycznej z więzienia. Nie chciał jeść. Stawiał opór, chociaż wiedział, że mogą go zabić, zniszczyć, pozbyć się jak problemów. My w tym czasie siedzieliśmy w domu, oglądaliśmy telewizję, Festiwal Piosenki Tanecznej, słuchaliśmy wyważonych żartów Gézy Hofiego, które pisał dla nas János Komlós, niegdysiejsza gnida ze służb bezpieczeństwa, i klaskaliśmy, śmialiśmy się, no i ten Hofi tak mówił i mówił, a gdzieś tam w zamknięciu prawnikowi podawano zastrzyki z hibernalu, innym razem stosowano wstrząsy insulinowe, ale wytrzymał, i za nas to przetrwał, nie udało im się go przekupić trabantem, wakacjami nad Balatonem ani piwem Kőbányai. Trzeźwo stawił czoło ciemności, podczas gdy my próbowaliśmy przetrwać dzień. Wiecznie na kacu pozostaje ten, którego psychika okazała się za słaba”.

 

Mező Gábor

 

Mandiner 

Wydarzenia polecane przez Instytut