Na kalwaryjskich dróżkach



Jerozolimę zaczęto odwzorowywać, bo dla znakomitej większości wiernych podroż do Ziemi Świętej była niemożliwa. W Polsce takie kompleksy powstawały od Podkarpacia do Pomorza. Do dziś przyciągają miliony pielgrzymów.

W najstarszej i najbardziej znanej polskiej kalwarii przygotowania do Misterium Męki Pańskiej są na finiszu. – Próby zaczynamy bardzo wcześnie – opowiada o. Tarsycjusz Bukowski, rzecznik  sanktuarium Pasyjno-Maryjnego w Kalwarii Zebrzydowskiej. – Wtedy, kiedy kończymy śpiewać kolędy, zaczynamy przygotowania do Wielkiego Tygodnia. W tym roku karnawał był długi, więc w tej chwili odbywają się już ostatnie próby. Nawet kostiumy są już praktycznie gotowe, charakteryzacje aktorów potrzebują tylko ostatnich szlifów – mówi. W role wcielą się klerycy i osoby świeckie. To właśnie w Wielkim Tygodniu do Kalwarii Zebrzydowskiej przybywa największa liczba pielgrzymów. W ubiegłym roku w Wielki Piątek sanktuarium nawiedziło 170 tys. osób.

DWA WZGORZA I POTOK

Jednak polska Jerozolima to nie tylko Kalwaria Zebrzydowska. W całym kraju można naliczyć przeszło 20 takich miejsc. Mieszkańcy Podkarpacia mają Kalwarię Pacławską, Warmia i Mazury – Głotowską, na Dolnym Śląsku można odwiedzić Kalwarię Wambierzycką, w XIX w. na Śląsku powstała Kalwaria Piekarska. Wierni z Podlasia i Lubelszczyzny mogą pielgrzymować do Kalwarii Kodeńskiej. Kaszubską Jerozolimą nazywana jest Kalwaria Wejherowska – czwarta najstarsza na terenach dawnej  Rzeczypospolitej. Podczas celebracji można tam zobaczyć kaszubski zwyczaj pokłonów feretronów, czyli dwustronnych obrazów sakralnych. Niosący je wierni w wymyślny sposób nimi obracają. W Kalwarii Pakoskiej, drugiej najstarszej po Zebrzydowskiej, w Poniedziałek Wielkanocny można wziąć z kolei udział w zawodach w „kulaniu pomarańczy”. Skąd taka mnogość polskich kalwarii?

Ojciec Kamil Paczkowski, franciszkanin, kustosz Kalwarii Pakoskiej, tłumaczy, że to odpowiedź na trudności związane z pielgrzymowaniem do Jerozolimy. – Przez wieki było ono dostępne jedynie dla niektórych warstw społecznych. Na pielgrzymkę mógł sobie pozwolić człowiek zamożny. To była kwestia kilkunastu tygodni czy nawet miesięcy w drodze. Niższych warstw społecznych nie było na to stać. W okresie średniowiecza zaczęły też powstawać granice państw, więc przemieszczanie się po Europie stało się nieco trudniejsze. Był to także trud fizyczny. Drogę pokonywało się pieszo bądź konno. Na pielgrzymów czyhały niebezpieczeństwa, bo nie było przecież takich dróg, jakie dzisiaj znamy. Trzeba było się przedzierać przez lasy i bagna, a dodatkowo pielgrzym był łatwym celem dla zbójców – wylicza o. Paczkowski. – Trzeba też dodać, że Jerozolima przechodziła z rąk do rąk. Dostęp do miejsc świętych często był po prostu niemożliwy. To wszystko sprawiło, że genialni ludzie końcówki średniowiecza wpadli na pomysł, by skopiować Jerozolimę i przenieść ją na grunt europejski. Inicjatorem budowy Kalwarii Pakoskiej był lokalny proboszcz ks. Wojciech (Adalbert) Kęsicki. – Został proboszczem w momencie, w którym Pakość była po konfliktach wyznaniowych między katolikami a protestantami, i szukał środków duszpasterskich dla umocnienia katolicyzmu na terenie swojej parafii – opowiada o. Paczkowski. Wyjaśnia, że pomysł przyszedł od flamandzkiego mnicha Chrystiana Andrychomiusza, który przebywał w Jerozolimie i w książce „Jerozolima. Jaka była za czasów Chrystusa” dokładnie opisał sanktuaria Ziemi Świętej, ze szczególnym uwzględnieniem miejsc związanych z męką Pana Jezusa. – Świadomie bądź nie Andrychomiusz stworzył podręcznik budowania kalwarii na terenie Europy – mówi o. Paczkowski. Dodaje, że przy ich zakładaniu ważne były warunki geograficzne. Aby wzorować się na Jerozolimie, potrzebne były co najmniej dwa zniesienia, by odwzorować górę Wniebowstąpienia i górę Golgoty, a także strumień, który miał oddać potok Cedron.

W Pakości ks. Kęsicki najął geometrę, który wyznaczył miejsca na wybudowanie odpowiednich kaplic. – Wiosną 1628 r. odprawił pierwsze nabożeństwo kalwaryjskie – wskazuje o. Paczkowski. Nabożeństwo tak się spodobało, że do Pakości zaczęli przybywać pielgrzymi, a rodzina Działyńskich podarowała ks. Kęsickiemu ziemie pod budowę kaplic i wolne przejścia pomiędzy nimi, czyli tereny na ścieżki kalwaryjskie. Krótko potem do Pakości zaproszono franciszkanów. Z wyjątkiem okresu zaborów i II wojny światowej opiekują się Kalwarią Pakoską do dziś.

ZEBRZYDOWSKI:POLSKI PREKURSOR

Franciszkanie są także obecni w Kalwarii Pacławskiej. Ufundował ją w połowie XVII w. kasztelan lwowski Andrzej Maksymilian Fredro. Legenda mówi, że podczas polowania wszedł głęboko w las za jeleniem i w miejscu, gdzie dziś stoi kościół, miał ujrzeć krzyż między rogami zwierzęcia. Wiadomo jednak, że odbył podróż do Ziemi Świętej, która stała się inspiracją do budowy kalwarii na ziemi przemyskiej. Pieczę nad Kalwarią Zebrzydowską pełnią bernardyni. Jej dzieje sięgają 1600 r., kiedy to wojewoda krakowski Mikołaj Zebrzydowski zdecydował się postawić kaplicę św. Krzyża wzorowaną na kaplicy Golgoty. – Jednym z motywów budowy naszej kalwarii była pobożność  Mikołaja Zebrzydowskiego. Dla prywatnych celów zbudował pustelnię, do której udawał się na modlitwę. To już coś nam o nim mówi. Drugim z motywów był fakt, że w wówczas w Europie już odwzorowywano Jerozolimę. Zebrzydowski przeczytał książkę o Ziemi Świętej. Zwrócił uwagę, że jego majątek ze wzgórzami i rzeką przypomina ukształtowanie terenu w Jerozolimie. Wysłał do Jerozolimy Hieronima Strzałę, a ten przywiózł stamtąd plany, gipsowe modele tamtejszych kaplic. I tak zaczęła się budowa polskiej kopii Jerozolimy – opowiada o. Tarsycjusz Bukowski. Dzisiaj Kalwaria  Zebrzydowska to 44 obiekty architektoniczne Została wpisana na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Rocznie do tej polskiej Jerozolimy przybywa 2 mln pielgrzymów z kraju i zagranicy.

– Kalwaria Pakoska nie miała takiego ogromnego zasięgu i popularności jak Kalwaria Zebrzydowska – mówi o. Paczkowski. – Przybywali tu głównie pielgrzymi z centralnej Polski. Chociaż są też zapiski o pielgrzymach z dalszych stron. Dzisiaj jest podobnie. Kalwaria Pakoska jest znana w okolicy, nawiedzana przez pielgrzymów z Kujaw, chociaż obserwujemy tu zmiany. Zaczęli przyjeżdżać do nas ludzie z dalszych okolic, także z zagranicy. Przyjezdni chętnie uczestniczą w celebracjach Wielkiego Tygodnia. A te wyglądają w Pakości inaczej niż w innych kalwariach. – Jest to jedyna kalwaria w Polsce, a może nawet w Europie, której najważniejsze celebracje odbywają się w Wielki Czwartek oraz w Wielki Piątek, i to w nocy. To nie jest misterium w formie teatru ani tradycyjne 14 stacji drogi krzyżowej, do których wszyscy jesteśmy przyzwyczajeni, tylko pełne obchody kalwaryjskie – podkreśla o. Paczkowski. W Pakości po mszy świętej Wieczerzy Pańskiej w Wielki Czwartek wierni wyruszają do kaplicy Wieczernik, a następnie do kapliczki nazwanej „Pożegnanie z Matką”. Przechodzą pakoski Cedron – by znaleźć się poza miastem w Ogrodzie Oliwnym. Później znów przekraczając Cedron, udają się do arcykapłanów Annasza i Kajfasza i tam ok. godz. 23 przerywają celebrację na czas, w którym Jezus przebywał uwięziony u arcykapłana Kajfasza. – Pozostawiając Jezusa w więzieniu, śpiewamy przepiękną pieśń o jego udręczeniu i pieśń „Na dobranoc Panu Jezusowi”. Gromadzimy się na nowo przy Kajfaszu o godz. 3 nad ranem – opowiada o. Paczkowski.

Zgromadzeni ponownie wierni podążają zgodnie z kolejnymi wydarzeniami opisanymi w Ewangelii. Od Piłata do Heroda, znów do Piłata, gdzie odbywają się oskarżenie, ubiczowanie, ukoronowanie cierniem, a następnie idą zgodnie z kolejnymi z 14 stacji drogi krzyżowej. Celebracja kończy się ok. godz. 5.30. – W Pakości nigdy nie było inscenizacji. To zawsze była procesja, w której jest niesiony krzyż. Fenomenem tej kalwarii jest to, że do tej pory korzystamy z tekstów, które mają przeszło 200 lat. Zostały jedynie leciutko wygładzone, jeśli chodzi o język, szyk zdania. Wszyscy idą, śpiewając. W rękach mają teksty, a na głowie latarki. Ciekawą rzeczą jest to, że w żadnym modlitewniku nigdy nie było zapisu nutowego tych melodii kalwaryjskich, a mimo to one przetrwały przekazywane z pokolenia na pokolenie – mówi o. Paczkowski.

ŁĄCZNOŚĆ NIEINTERNETOWA

Na dróżki Kalwarii Zebrzydowskiej często wychodził Karol Wojtyła – najpierw jako dziecko, potem jako kapłan, kardynał i metropolita krakowski. W 1979 r. przybył tam już jako Jan Paweł II i prosił, by nie ustawać w przemierzaniu dróg tej polskiej Jerozolimy. Na kalwaryjskie dróżki można wychodzić nie tylko w Wielkim Poście, lecz także przez okrągły rok. Warto jednak pojawić się tam właśnie w okresie Triduum Paschalnego. Zdaniem o. Paczkowskiego udział w kalwaryjskim misterium to unikalne doświadczenie. – Jesteśmy w Jerozolimie przeniesionej. Wierząc Andrychomiuszowi, przemierzamy nawet ten sam dystans, który przemierzał Jezus. Teksty rozważań są pisane w czasie teraźniejszym:

Jezus idzie, spotyka, upada. To sprawia, że zupełnie inaczej przeżywamy tę drogę, doświadczamy tego, jak byśmy byli w Jerozolimie – podkreśla franciszkanin. I dodaje: – Łączymy się z Panem Jezusem nie za pomocą łączy internetowych czy telewizji, ale idąc za nim tymi ścieżkami. 

Agnieszka Niewińska

 

 

Tekst został opublikowany w tygodniku DoRzeczy nr 15/2019