Bruksela w atmosferze kampanii wyborczej Lewacka akcja przeciwko Węgrom to już zdarta płyta


 

 

 

 

 

 

 


 

Bruksela w atmosferze kampanii wyborczej

Lewacka akcja przeciwko Węgrom to już zdarta płyta

 

 

 

Polowanie na czarownice przeciwko Węgrom w Parlamencie Europejskim obróciło się w absurd. W Brukseli i w Strasburgu urządzili już kilka debat plenarnych i debat komisji na temat sytuacji węgierskiej: od 2010 roku łącznie dziesięć razy. Jednak nie prowadzili jeszcze kampanii tak transparentnie, jak w środę, 30 stycznia. Jeszcze na początku miesiąca pod naciskiem frakcji Zielonych (Greens/EFA) Konferencja Przewodniczących tworzona przez liderów grup politycznych i przewodniczącego postanowiła ponownie umieścić „sprawę węgierską” na porządku dziennym na brukselskim mini posiedzeniu plenarnym, ponieważ według nich uzasadniały to wydarzenia ostatnich tygodni i miesięcy. Judith Sargentini z partii Zielonych, holenderska autorka bardzo krytycznego wobec Węgier raportu służącego za podstawę do uruchomienia procedury artykułu siódmego traktatu, walczyła o debatę, ponieważ jej zdaniem uzasadniają ją między innymi protesty przeciwko ustawie o nadgodzinach.

Można by w Parlamencie Europejskim porozmawiać też o czymś innym — jak wskazała na to na początku ostatniego posiedzenia w Brukseli Krisztina Morvai, niezależna posłanka węgierska — można na przykład długo dyskutować o brutalności policji we Francji, gdzie demonstracje „żółtych kamizelek” są pod każdym względem bardziej znaczące niż węgierskie.

Nowa węgierska debata oczywiście nie zainteresowała nikogo. Jak to Morvai wytknęła Sargentini: dobrze jeżeli na sali z 750 ogółu posłów było ich ze dwa tuziny. Według doniesień węgierskiej agencji prasowej MTI, na przykład Europejska Partia Ludowa (EPP), której członkiem jest również Fidesz, nie poparła nowej debaty, pozostawiając decyzję Węgrom. Głównym mówcą EPL był Tamás Deutsch z Fideszu, który o wiele ostrzej uderzył w opozycję węgierską i ich sojuszników popierających imigrację, niż uczyniły to ostrożne sformułowania przywódcy frakcji i nowego spitzenkandydata Manfreda Webera. Deutsch na późniejszej konferencji prasowej po debacie powiedział: nie ma nic innego na świecie, co usprawiedliwiałoby to wydarzenie, jak tylko majowe wybory do parlamentu europejskiego. Według niego, pro-imigracyjni politycy w Brukseli udzielili pomocy swoim węgierskim towarzyszom, którzy w ten sposób mogli podnieść swe krajowe niezgulstwo na podium UE. Było oczywiste, że najbardziej entuzjastycznymi uczestnikami debaty byli naprawdę węgierscy opozycjoniści. Socjalista Tibor Szanyi, Péter Niedermüller polityzujący w Koalicji Demokratycznej Ferenca Gyurcsánya oraz Benedek Jávor zasiadający w zielonej frakcji PE, reprezentujący minipartię Párbeszéd (Dialog), licytując się nawzajem znieważali rząd, a ich słowa, przy braku większej publiczności mogli kierować przede wszystkim do Fransa Timmermansa, holenderskiego wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej. Zoltán Balczó z partii Jobbik też nie mówił zbyt dobrze o rządzie, ale jednak dał znać swoim kolegom: tę dyskusję należałoby przeprowadzić w domu, a nie w Brukseli.

Jednoznacznie w obronie rządu węgierskiego zabrał głos Olaf Stuger z holenderskiej Partii Wolności (PVV), według którego należałoby wręcz postawić pomnik Viktorowi Orbánowi, który broniąc granic swojego kraju, tym samym broni swój lud. Stuger jest członkiem eurosceptycznej frakcji Europy Narodów i Wolności  (ENF), ale nie oni byli jedynymi, którzy stanęli po stronie Orbána. O głos poprosili też trzej członkowie grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (ECR), w skład której wchodzi również Prawo i Sprawiedliwość, a wśród nich Marek Jurek, przewodniczący partii Prawica Rzeczypospolitej. Wszyscy oni uważali, że na posiedzeniu plenarnym można by wreszcie poruszyć o wiele pilniejsze, rzeczywiste problemy.

Z Markiem Jurkiem także i w zeszłym roku rozmawiałam o atakach na Warszawę i Budapeszt; powiedział wówczas: „Imigracjonizm, czyli wymuszana imigracja, jest kluczową częścią polityki obecnych władz UE. Chcą przeforsować w Europie Środkowej swój wielokulturowy model społeczny. Dobrze radzą sobie z biernym oporem, ponieważ rządy zmieniają się jeden po drugim, więc opór też obumrze. Ale trudniejszą sprawę mają z rządem, który otwarcie odrzuca ich politykę, odwołuje się do opinii europejskiej, ma moralny wpływ na opinię publiczną w innych krajach, ale przede wszystkim przekonuje własne społeczeństwo.”

Ryszard Legutko polityk PiS, współprzewodniczący frakcji ECR również kilkakrotnie wypowiadał się w poprzednich debatach oraz jesienią ubiegłego roku udzielił wywiadu węgierskiemu kanałowi telewizji publicznej. Według posła, postępowanie wobec Węgrów jest niewątpliwym odwetem, a są nawet tacy, którzy po prostu mówią o zemście. Odwet, ponieważ Węgry przeciwstawiają się federalizacji Europy, chcą zachować tradycyjną tożsamość kontynentu i jego dziedzictwo kulturowe, które stanowią fundament systemu wartości chrześcijańskich. Mówił także o istnieniu dwóch podziałów w Unii Europejskiej: jedna z linii podziału przebiega między Wschodem i Zachodem, pomiędzy starymi i nowymi państwami członkowskimi, a druga pomiędzy tak zwanymi „partiami centralnymi” i bardziej konserwatywnymi kongregacjami. „Od samego początku widzieliśmy, że zachodnia część Europy patrzy na nas z góry, z jakimś poczuciem własnej wyższości. Oczywiście byli bardzo przyjaźni, ale oczekiwali, że będziemy posłuszni, wysłuchamy i zrobimy to, co nam mówią, ponieważ jesteśmy gorszego sortu” — oświadczył. Kiedyś jednak okazało się, że chociaż od dawna grali tę rolę, to już im się skończyło. „My też mamy własną politykę” — podkreślił, kładąc nacisk na to, że deklaracja tego irytuje kraje zachodnie.

 

Mariann Őry, redaktorka działu polityki zagranicznej gazety Magyar Hírlap